38 lat temu „zamieszkała w Domu Ojca w Niebie” Basia Lizoń z Poznania – jak się często mówiło: Basia z ulicy Sielskiej.

Odeszła niespodziewanie, bo chociaż operacja miała być prosta to okazało się, że Jej niepełnosprawność po przebytej w dzieciństwie chorobie Heinego Medina, była przyczyną powikłań pooperacyjnych i… w wieku 47 lat zakończyła swoje ziemskie pielgrzymowanie.

Przy ul. Sielskiej mieścił się przed laty (może i nadal? – dawno nie byłam w Poznaniu), powadzony przez niestrudzone siostry szarytki, dom pomocy społecznej, wtedy nazywany domem starców. Basia była wówczas piękną i młodą studentką prawa, która niestety ze względu na całkowity paraliż kręgosłupa, nie miała gdzie przebywać, gdyż przyjechała na studia z daleka…

Poznałam Ją dzięki ojcu Honoriuszowi, który w ramach swoich rozlicznych  dominikańskich działań, „potrzebował kogoś do Basi”, aby po prostu Jej pomagać. I tak się zaczęła nasza wielka i niepojęta przygoda, w czasie której zadzierzgnęły się więzy naszej przyjaźni na zawsze…

Właśnie w tych dniach mija kolejna rocznica Jej śmierci i wiem, i serce mi podpowiada, że nie mogę milczeć wobec tylu młodych współczesnych studentów – także prawa – o tym, co się wtedy wydarzało, co się dokonywało i co pozostało jako wyrazisty przykład dla potomnych…

Tyle się dziś mówi i krzyczy na temat niepełnosprawności. Tym bardziej myślę o tej młodej dziewczynie sprzed lat, która tak naprawdę nie mając żadnych godziwych warunków – na prośbę bezradnej rodziny – została umieszczona pośród umierających i już mało kontaktujących staruszków. Basia była tam niejako Promykiem i Znakiem Czułej Dobroci Boga. Zdana na łaskę lub niełaskę przebywających tam pacjentek, na cierpliwość (lub niekoniecznie) obsługi domu, wytrwale podejmowała trudy każdego dnia, pogłębiając więź z Panem Bogiem, dzięki duszpasterzom, zwłaszcza dominikanom…

Zachwycona wszystkim co piękne, zdumiona wszystkim co złe i  niepoprawne – całkowicie unieruchomiona na inwalidzkim wózku, wspierała swoją dojrzałością i nadzieją tych, którzy przybywali, aby Jej pomóc. To dzięki Niej wiele osób wyleczyło się z kompleksów, nabrało życiowej odwagi, a przede wszystkim nauczyło się postrzegać Boga jako Stwórcę Dobra i Piękna. „Pan Bóg się nie pomylił – mawiała – także co do mnie, ale dał mi wielką, co prawda trudną, szansę wjechania do Nieba na wózku inwalidzkim”. To nie była ironia, to nie był tzw. „czarny dowcip”, to były słowa, które wyrastały z wieloletnich doświadczeń i zmagań ze swoją niemocą i chorobą, która nie miała szans na wyleczenie.

Cierpienia, nie tylko fizyczne, były Jej codziennością, którą przyjmowała, modląc się słowami Romana Brandstaettera: „O, Madonno bądź ze mną w te dni i w te noce, gdy Boga pod górę dźwigam jak głaz”. Kochała piękno. Kochała muzykę, poezję, przyrodę. Dzięki Duszpasterstwu Akademickiemu przy Dominikanach w Poznaniu – znalazła wspólnotę ludzi, którzy włączali Ją we w miarę normalne życie studenckie, a tym samym i przede wszystkim – we wspólnotę serc i modlitwy.

Nie da się, ot tak, wypowiedzieć kim naprawdę była i kim pozostała w naszych sercach Basia z Sielskiej w Poznaniu… Na pewno, mimo że już tak dawno odeszła do Domu Ojca, to przecież pozostała w nas. Pozostała Jej prostota w relacjach z Panem Bogiem i z ludźmi; pozostał w naszych sercach Jej promienny uśmiech, witający każdego, kto do Niej przybywał; na pewno pozostała świadomość, że życie osoby niepełnosprawnej, zwłaszcza życie wiary, życie duchowe, może być bardziej „sprawne” aniżeli nas, którzy tak łatwo rozczulamy się nad sobą, nad własnymi niedogodnościami, nad własną niemocą, nad swoją wiarą i, niestety, duchową „niepełnosprawnością”.

Basia z Sielskiej pragnęła też wstąpić do Świeckiego Instytutu Dominikańskiego z Orleanu. Niestety był to okres politycznych prześladowań i zagrożeń, więc przy Jej uwarunkowaniach życiowych okazało się to niemożliwe.

Ufam, że dla wielu osób te skromne refleksje będą możliwością jeszcze większego doceniania Bożych przyjaźni, które są na pewno umocnieniem i źródłem  nadziei w naszym pielgrzymowaniu do Domu Ojca, bo rzeczywiście „Nic tak nie łączy ludzi, jak przyjaźń przyjaciół Bożych” (Simone Weil).

 

/K.B./