Jednym z owoców moich wakacyjnych wyjazdów na Suwalszczyznę i Mazury jest oczarowanie Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim. Z wykształcenia licealnego, pewnie podobnie jak większość moich rówieśników, pamiętam jedynie „Pieśń o żołnierzach z Westerplatte”; piękny i autentyczny wiersz z 1939 roku, ale obrzydzony mojemu pokoleniu przez nieustanne wykorzystywanie go na wszystkich socjalistycznych akademiach urządzanych w rocznicę rozpoczęcia II wojny światowej.
Poobijany przez życie Gałczyński, osaczony przez gęstniejący stalinizm, odnalazł spokój i harmonię nad jeziorem Nidzkim. Pięknu przyrody zawdzięcza harmonię ducha. Z tego czasu pochodzą jego najpiękniejsze wiersze:
„Tu, gdzie się gwiazdy zbiegły
w taką kapelę dużą,
domek z czerwonej cegły
rumieni się na wzgórzu:
to leśniczówka Pranie,
nasze jesienne mieszkanie.

Chmiel na rogach jelenich
usechł i już się sypie;
w szybach tyle jesieni,
w jesieni tyle skrzypiec,
a w skrzypcach, byle tknięte,
lament gada z lamentem.

Za oknem las i pole,
las — rozmowa sosnowa;
minął dzień i na stole
stoi lampa naftowa,
gadatliwa, promienna
jak ze stołu Szopena.

Drugim „patronem” wakacji na Suwalszczyźnie jest oczywiście Czesław Miłosz. Podczas pierwszego tam pobytu, biografia Miłosza autorstwa Andrzeja Franaszka pomagała mi w oswojeniu nieufnej, ciężkawej atmosfery Sejn, Suwałk, Puńska. Jednym z pierwszych poznanych przez mnie wierszy Miłosza, który przeczytałem krótko po otrzymaniu przez niego nagrody Nobla i który należy do tych najbardziej lubianych, jest wiersz „W mojej ojczyźnie”. Dochodzi w nim do głosu ta leśna, mroczna nieprzeniknioność Suwalszczyzny:

„W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę,
Jest takie leśne jezioro ogromne,
Chmury szerokie, rozdarte, cudowne
Pamiętam, kiedy wzrok za siebie rzucę.

I płytkich wód szept w jakimś mroku ciemnym,
I dno, na którym są trawy cierniste,
Mew czarnych krzyk, zachodów zimnych czerwień,
Cyranek świsty w górze porywiste”.

Może jest to wiersz o jeziorze Hołny, nad którym leży Krasnogruda, a może o pięknym, ogromnym, głębokim i czystym jeziorze Gaładuś, w którym pływałem tego lata. Miłosz jest dla mnie poetą religijnym przede wszystkim dzięki swej metafizycznej wrażliwości. Dlatego też, wyżej cenię jego wiersze o chmurach i jeziorach, ludzkiej historii i przemijalności niż „Traktat teologiczny”, sztuczny, wydumany, powierzchowny, zaangażowany w polemikę z wydumanym katolicyzmem.

Wiersz „Dar”, tak podobny do powyżej cytowanego wiersza „W leśniczówce” Gałczyńskiego, jest jednym z tych głęboko metafizycznych – religijnych wierszy Miłosza. Powstał w 1971 roku w Berkeley, już nie przez zapatrzenie w mroczne jeziora Suwalszczyzny, ale podczas osłaniania oczu przed nadmiarem słońca odbijającego się w zatoce San Francisco:

„Dzień taki szczęśliwy.
Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie.
Kolibry przystawały nad kwiatem kaprifolium.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego, zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle”.