Dominikanin, o. Paweł Barszczewski (rocznik święceń 2002) od 2013 roku pracuje w Australii. Przyjechał na Światowe Dni Młodzieży z młodymi ludźmi z Sydney; z całego kraju o powierzchni większej od Europy, liczącego 23 miliona ludzi, z czego 25 % procent to katolicy, przyjechało do Krakowa 7 tysięcy młodych ludzi z ponad setką księży. Zajęli dużą część akademików Akademii Górniczo-Hutniczej niedaleko stadionu Wisły Kraków, gdzie w czasie sezonu ligowego rządzą kibice Białej Gwiazdy; raczej nie zapuszczają się tam kibice Cracovii. Ale w ciągu tego tygodnia na Reymonta rządzą Aussi. Zamiast hymnu Wisły Kraków „Jak długo na Wawelu Zygmunta bije dzwon…” częściej słychać tam charakterystyczne zawołanie, po którym można rozpoznać Australijczyków: „Aussi, Aussi, Aussi – hej, hej, hej!”

Rozmawiamy z o. Pawłem przy kawie o jego młodzieży: „Są oczarowani Polską. Przed przyjazdem w Krakowie byliśmy w Kalwarii Zebrzydowskiej; nie chcieli wyjeżdżać, pytali: ‘Ojcze, nie możemy zostać tutaj na dłużej?’ Moi studenci to pokolenie Jana Pawła II; w Australii czytają jego encykliki, dyskutują. Kiedy jechaliśmy autokarem do Krakowa, przez mikrofon czytali fragmenty homilii Jana Pawła II, słuchali w głębokim skupieniu. Po wizycie w kościele św. Floriana, gdzie Karol Wojtyła rozpoczął swoją pracę z młodzieżą akademicką, podszedł do mnie jeden z moich studentów i powiedział: ‘Ojcze, ja muszę wrócić do tego kościoła na chwilę, muszę coś przemyśleć’. Codziennie śpiewamy koronkę do miłosierdzia Bożego”.

Wieczorem uczestniczę w przyjęciu, które dla amerykańskich biskupów przyjeżdżających do Krakowa wydaje w swojej rezydencji Konsul Generalny USA w Krakowie, P. Walter Braunohler. Jeszcze nie wszyscy biskupi dojechali, ma ich być 80-u na czele pielgrzymki 45-u tysięcy młodych amerykańskich katolików. Konsul, zaskakująco młody człowiek, w swoim powitaniu mówi niezwykle dojrzale i mądrze: „Do dnia dzisiejszego obywatele 189 krajów zarejestrowali się oficjalnie jako uczestnicy Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Z tego punktu widzenia jest to najważniejsze wydarzenie w historii tego miasta. Równocześnie, nigdy w historii tylu obywateli amerykańskich nie przyjechało do Krakowa. Dwa tygodnie temu w Warszawie skończył się szczyt NATO i komentatorzy podkreślali, że z dyplomatycznego punktu widzenia to spotkanie było niezwykle istotne dla przyszłości Europy i świata. Moim zdaniem – wypowiadam te słowa jako dyplomata – te Światowe Dni Młodzieży są dla pokoju w Europie i na świecie równie, jeśli nie bardziej istotne. W tych spotkaniach i rozmowach ludzi młodych tworzy się przyszłość bez przemocy i wojny”.

Wracam z dyplomatycznego przyjęcia przez Rynek Główny. Grupa młodzieży zatrzymała w swoim środku okratowany samochód policji; policjanci – w slangu kibiców Wisły i Cracovii nazywani „psami” – wydają się zdezorientowani, znają takie wydarzenia i wiedzą, że muszą szybko dzwonić po pomoc. Roztańczony tłum młodzieży krzyczy: „Dziękujemy!” i żegna odjeżdżający powoli samochód oklaskami. Z twarzy młodych chłopców w mundurach znika napięcie, pojawia się uśmiech.

Z ulicy Siennej nagle słychać głośne klaksony samochodowe. Na rynek wjeżdża kilka małych Citroenów z otwartymi dachami, w których stoją młodzi ludzie z francuskimi flagami, w koszulkach z napisami „Nice” (Nicea). Cały rynek klaszcze. Tłum młodych Francuzów śpiewa Marsyliankę. Dziwnie brzmią te słowa podczas Światowych Dni Młodzieży: „Do broni, obywatele, twórzcie wasze bataliony, maszerujmy, maszerujmy, by ziemię krwią napoić, przyszedł czas!”, kiedy pamiętamy, że pierwszym celem rewolucyjnych batalionów we Francji była rzeź katolickiego duchowieństwa. Ale dzisiaj na krakowskim rynku te słowa Marsylianki nie rażą. Więcej nas łączy niż dzieli, bo łączy nas wiara w żyjącego Chrystusa. My chrześcijanie rozwiążemy nasze spory pod warunkiem, że naszych różnic nie zechcą wykorzystać politycy.

Polscy policjanci robią sobie zdjęcia z grupą młodzieży z Nicei. Ci młodzi ludzie wiedzą, że policji zawierzają swoje bezpieczeństwo. Obok przechodzi młody człowiek z rozwiniętą flagą niemiecką; w tle powiewa flaga Izraela. Podchodzę do najpiękniejszej kobiety na rynku, która wydaje się zagubiona. Śniada Tamar razem ze swoim mężem Ismaelem przyjechała z Dubaju, szuka drogi do hotelu. Kraków świętuje.