J 11,21-22

Były dwie siostry, które przyjaźniły się z Jezusem, a On chętnie je odwiedzał. Obie najlepsze na świecie, każda po swojemu. Młodsza cała była uśmiechem i ciepłem, wszędzie było jej pełno, stale biegała po rekolekcjach, spotkaniach modlitewnych czy innych pielgrzymkach. Starsza zawsze gotowa ją obsztorcować, że skoro tak bardzo chce służyć Bogu to proszę bardzo, można pomóc rodzicom- ugotować im obiad, posprzątać, zająć się młodszym rodzeństwem… Nie było żadnych wątpliwości, kto jest tu Marią, kto Martą.

Każda zbudowała szczęśliwą, kochającą się rodzinę. Można miłość wyrażać fukaniem, można też w ogólnym roztrzepaniu jakimś cudem miłości nie zgubić.

Teraz ta starsza siedzi w szpitalu i trzyma młodszą za rękę. Czy młodsza o tym wie? Nie wiadomo. Nic nie wiadomo, poza tym, że stan jest zły. Marta całuje dłoń Marii, głaszcze, patrzy, opowiada. Z czułością powtarza jej imię. Widok, który jednocześnie buduje i łamie serce.

-Muszę teraz iść, kochana. Przyjdę potem. A ty się zbieraj, dość się należałaś.

Wychodząc, mówi sobie cicho, że Pan Bóg wie, co dla człowieka najlepsze. I idzie robić, co do niej należy.

(Joanna Leonowicz)