Jak miło znowu się z Państwem spotkać, drodzy Czytelnicy!

Dominikańskie blogi wracają po krótkiej przerwie. „Krótkiej”… To słowo zatrzymało mnie na moment; minęły tylko dwa lata, a moje życie tak bardzo się zmieniło. Zabrakło w nim ważnej osoby – mojej Mamy. Nie jestem do końca uczciwa pisząc: zabrakło; Jej obecność przy mnie jest odczuwalna.

Już pierwsze zdania wpisu zdradzają, że ja sama wiele się nie zmieniłam – nadal piszę i będę pisać niepoprawnie otwarcie, o sobie, o mojej rodzinie, dziecięcych śmiesznotach, matczynych troskach i uniwersyteckim etosie, w który żarliwie wierzę.

Przede wszystkim jednak pragnę dzielić się tym, co dla mnie jest najważniejsze i czym żyję – Dobrą, naprawdę Najlepszą dla nas Nowiną. Pan Bóg jest nam bliski. I nasza słabość, grzeszność naprawdę nie jest dla Niego problemem. Jego problemem, troską jest gdy nie przyjmujemy Jego miłości, której już nie może nam udowodnić bardziej niż to zrobił. Bóg nie chce w pierwszym rzędzie byśmy nie grzeszyli, ale byśmy Mu zaufali, że nas w grzechu kocha, weszli z Nim w bliskość, intymny dialog na poziomie tajemnicy serc. Dlaczego tego chce? Bo z Niego wyszliśmy, w Nim jest nasz początek, On widzi nas inaczej – od wewnątrz. Bo nasze szczęście nie leży w osiągnięciu doskonałości, ale w byciu z Nim. A najkrócej – bo chce wzajemności, jak każdy, kto kocha.

W tej relacji – podobnie jak między mężem i żoną, mamą i dzieckiem, przyjaciółmi – nie ma elementu rozliczania. Jest radość z obecności, tęsknota, nocne czuwanie gdy niedomaga, wierność i trwanie, wzruszenie pięknem i cierpliwość do wad. Nie: obserwacja, hospitacje, ocena, kontrola, roszczenia i grożenie sankcjami. Co to byłaby za miłość?… Kto by jej chciał?

Przyjęcie Bożej miłości jest „takie proste”, pisała św. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej.

„Chciałabyś być cała dla Niego, nawet w świecie? To takie proste. On jest zawsze z nami, więc i ty  bądź stale z Nim. Poprzez wszystkie twoje czynności, cierpienia, gdy ciało twoje jest złamane, trwaj przed Jego wzrokiem. Patrz na Boga żyjącego w Twojej duszy…. (…)

To właśnie, że dusza zapomina o sobie i rzuca się w objęcia Boga, przynosi Mu więcej chwały i radości niż wszelkie zastanawianie się nad sobą i wszelkie rachunki sumienia, w jakich dusza widzi tylko własne ułomności, a zapomina o Zbawicielu, który żyje we wnętrzu jej duszy i tylko czeka, by ją oczyścić”.

Wystarczy byśmy naprawdę przerzucili ciężar odpowiedzialności za nasze uświęcenie na Boga. To jest właśnie proste, bo On zadba o nasze uświęcenie. Tylko czeka by nas oczyścić! Przesterujmy się z prób dawania Mu zasług na przyjmowanie miłości (a przy okazji naszych zasług) od Niego. Nie chodzi o to by Mu coś dawać, tylko wszystko przyjąć. Wyciągnąć puste ręce. Ale wyciągnąć, wyciągać stale. Przyjmowanie jest proste, ale to wysiłek!

Skoro to takie proste, można zapytać: dlaczego tak mało chrześcijan jest świętymi? Postawił to pytanie O. Garrigou-Lagrange.

Odpowiedział zwięźle: „Bo nie chcą”. Po prostu – dlatego, że nie chcą. Nie ma innego uzasadnienia, bo gdyby chcieli naprawdę, z serca, na poważnie, z determinacją, podejmując ten wysiłek wyciągania rąk – Bóg zawsze wysłucha takiej modlitwy, będzie pierwszym, który temu będzie sprzyjać.

Przypomina mi się w tym miejscu scenka z moją pięcioletnią Olą, która ma w sobie coś z tej determinacji. Na ostatniej Eucharystii w bocznej kaplicy podeszła pod samo tabernakulum (gdzie był Jezus), wspięła się na palce i najwyżej jak umiała wyciągnęła rączki, dotykając tabernakulum. Z wyciągniętą szyją i rączkami stała tak dłuższą chwilę, zaciskając z wysiłku powieki. Wróciła smutna. „Tak chciałam żeby Pan Jezus mnie wciągł do Nieba. Ale nie wciągł”.