Okazuje się, że ciemność wewnętrzna nie jest przeciwna świętości. Kanonizowana dzisiaj Matka Teresa z Kalkuty pisała: „Jest we mnie taka ciemność, jakby wszystko umarło”. Póki jesteśmy tu na ziemi, a nawet i dłużej – możliwe i prawdopodobne, że będziemy cierpieć. Co najskuteczniej pomoże tam to znieść? Miłość.

Przed kilkoma laty Matka Teresa nauczyła mnie czegoś ważnego o miłości. O każdej miłości – do Boga, do męża, do dzieci, do przyjaciół, do bliźnich. Ja nie mam jej „czuć”. Inaczej – moja ciemność, smutek, lęki, skutki zranień nie muszą (i nie mogą!) przeszkadzać mi w miłości. Bardzo się ucieszyłam, gdy odkryłam, że i badacze nauk humanistycznych doszli do podobnych wniosków. Wyodrębnili w naszych postawach wobec wartości trzy składniki: poznawczy, działaniowy i emocjonalny. Poznawczy to wiedza o wartości, ku której się kierujemy; jej znaczenie dla nas, ranga, jaką jej nadajemy. Aspekt działaniowy to nasze zachowania wobec tejże wartości, na ile naszymi czynami, realnym postępowaniem i prostą wiernością potwierdzamy, że jest dla nas istotna. I trzeci, emocjonalny, to uczucia, które ku wartości kierujemy – zachwyt, uniesienie, tęsknota, wzruszenie, i inne. Przy trzecim składniku można spotkać zastrzeżenie, iż jako zmienny i efemeryczny, nie jest głównym wyznacznikiem postawy, a wręcz: „samowychowanie polega na dystansowaniu się od uczuć, aby przyświadczyć niezłomną wolę trwania przy obranych wartościach” (A. Gałdowa).

W czasie wakacji rozmawiałam z koleżanką na temat relacji. Padło z jej ust stwierdzenie, że by związek trwał, musi być poczucie bliskości, więzi, a gdy ludzie jakoś oddalają się od siebie i więź się ulatnia, co bywa, to nie ma już sensu tego ciągnąć. Czyli owa koleżanka uznała miłość za rzeczywistość li tylko uczuciową, a składnik emocjonalny za jedyny lub decydujący.

Gdybym ja tak myślała, byłabym już raczej osobą niewierzącą, lub wierzącą lecz z dala od Boga, rozwiedzioną (kilkukrotnie) a moje dzieci już parę razy wystawiłabym za drzwi (-: Przecież nie zawsze naszej wierze, miłości małżeńskiej czy rodzicielskiej towarzyszą uniesienia uczuciowe; niejednokrotnie kryzysy, negacje i zmęczenie. Jestem przekonana, że miłość nie jest uczuciem; wówczas stałaby na glinianych nogach. Jest wolitywną decyzją „trwania przy” i „bycia dla”.

Tego nauczyła mnie Matka Teresa, po której śmierci ujawniono, iż pod względem emocjonalnym była przez lata pogrążona w ciemnościach depresji, niewiary i bólu. To nie przeszkodziło Jej żarliwie kochać Boga i bliźnich. Kochać wiernością codziennego trwania, wolą i czynami. W. Stinissen napisał o niej pięknie – „jej uczucie niewiary niosła niezachwiana i niezłomna wiara”.

Wydaje mi się, że nie zawsze jest tak, iż modlitwa, bycie przy Panu, współpraca z łaską automatycznie likwiduje ciemne strony naszego serca, niezrozumiałe dla nas fobie, traumy, niepokoje. Z pewnością przyjęcie Bożej miłości czyni nas wolnymi w fundamentalnym duchowo sensie, stopniowo daje coraz głębszą nadzieję, pokój i wskazuje kierunek. Czyni nas po prostu szczęśliwymi – naprawdę! Jednak to nie oznacza zniwelowania cierpień i zabrania naszych różnych wewnętrznych trudów – jak ciemności Teresy z Kalkuty. Działanie łaski wobec cierpienia można chyba porównać z postępowaniem paliatywnym wobec bólu nowotworowego. Kiedyś sądziłam, iż opieka hospicyjna ma zupełnie znosić ból nowotworowy. Zostałam wyprowadzona z błędu – ból jest niwelowany do tego stopnia, aby był do zniesienia.

Bóg, gdy przy Nim trwamy, nie chroni nas także przed chorobami, wypadkami, utratą pracy, a nawet przed śmiercią. Chroni nas przed złem (jak modlimy się w „Ojcze nasz”) i śmiercią wieczną, nie przed cierpieniem. Dlaczego? Bo cierpienie może być najkrótszą lub wręcz jedyną drogą do jakiegoś nieznanego nam dobra, które możemy jeszcze przed śmiercią zobaczyć, albo nie.

Nasza ciemność trwać może nawet po śmierci… I my sami możemy tego chcieć! Myślę tutaj o czyśćcu. O osobach, które skrzywdziłam i ich krzywdy niosę na sobie. Ciemność czyśćca będzie możliwością zagojenia, wypalenia Bożą miłością tych ran, czasem dorastania do miłości i naprawiania zła i wszelkich bolesnych scen, jakie mam pod powiekami i w sercu, gdy wiem, że nie sprostałam miłości i byłam powodem czyichś łez.

 

Zatem miłości – tym samym świętości – nie przeszkadza nasza wieloraka ciemność. Nie musi nas zatrzymywać nerwicowy lęk, niepokoje, czy chroniczne smutki. Życie i mrok Teresy może być pociechą dla osób, które noszą w sobie podobne cienie.

Z drugiej strony najlepszym lekarstwem na ciemności wewnętrzne jest to, byśmy przestali skupiać się na sobie. Komuś przed laty zwierzałam się z moich ciemności. Usłyszałam zdanie, które wciąż, przez tyle lat, do mnie wraca: „najskuteczniej uleczy Cię śmierć sobie”. I tak modliła się Matka Teresa –  „gdy jestem głodna, przyślij mi kogoś, kto potrzebuje pokarmu, gdy jestem smutna, ofiaruj mi kogoś do pocieszenia. Gdy mój krzyż staje się ciężki, pozwól mi dzielić krzyż innej osoby”.

Gdy zastanawiałam się nad tym, pomyślałam – właśnie, przydałoby się mieć jak Matka Teresa pod opieką biednych, głodnych, bezdomnych i chorych do opieki, może trzeba zaangażować się w konkretną działalność charytatywną, by umrzeć sobie?…

Wtedy podeszła do mnie Olcia z prośbą, bym się z nią pobawiła. Karolkowi trzeba poczytać. Posłuchać o najnowszych pokemonach Antka.  Męża boli dzisiaj bark, trzeba nasmarować. Zupa na jutro, trzeba dzisiaj nastawić. Prasowanie czeka.

No tak Tereso. To moi pierwsi potrzebujący. Moja lecząca wewnętrzne ciemności śmierć sobie.