– Jeszcze chwilkę… – zatrzymał mnie zaprzyjaźniony i przemiły lekarz rodzinny, gdy pozbierawszy stosik recept zbierałam się do wyjścia z kaszlącymi maluchami – widzę w systemie, że zbliżają się urodziny…

Uśmiechnęłam się wdzięcznie, gotowa do przyjęcia życzeń.

– Cukier, cholesterol… morfologia… no i tarczycę sprawdzimy.

– A… – rozczarowałam się nieco – bilans czterdziestolatka…

 

Rzeczywiście, cezury sprzyjają bilansowaniu. Nie wiem, czy bilans zdrowotny, czy sama, hm, ranga tej rocznicy skłoniła mnie do bilansowania życia. Chodziłam więc od kilku dni i bilansowałam.

Zresztą, parafrazując Skaldów, wszystko mi mówiło, że mam bilansować. Gdy, zamyślona, myłam wczoraj – w dniu urodzin – ręce w uniwersyteckiej łazience, weszły doń dwie żywo dyskutujące studentki. Sięgnął mych uszu strzęp rozmowy.

– Ale zaliczyłaś?

– Spoko.

– A z czego pytała?

– Z bilansu życia i zagrożeń związanych ze starzeniem się.

Po usłyszeniu drugiego pytania czym prędzej wytarłam ręce i oddaliłam się.

 

Bilansowałam więc, stawiając sobie analogiczne pytanie. Czy zaliczyłam?

Otóż, kurczaki, nie bardzo.

 

Mój wewnętrzny mikroklimat zasnuwał się smogiem przygnębienia i niejasnego poczucia winy. Połowa życia, w najlepszym razie, a taki marny wynik. Tyle zmarnowanych szans, czasu. Dramatyczne pokłady skupienia na sobie, wygodnictwa, po prostu – zła.

I choć znajomi ze mnie dworują, że obudzona w środku nocy wymamroczę „miłość Boga jest za darmo”, bo to właściwa mi mantra (a gdy wdzięczna ślę koledze księdzu smsa z tekstem „to księdza zasługa” czytam w odpowiedzi „zasługa? To ty w ogóle znasz to słowo?”) – faktycznie sama się zaniepokoiłam. I zasmuciłam.

 

A że nasza fraternia ma głosić niebawem rekolekcje dla parafii, podczytywałam sobie o modlitwie. I czytam.

Modlitwa jest czymś bardzo łatwym. Zawiera się w niej sam sens Ewangelii i wiary, a jest nim częste wyciąganie pustych rąk do Boga z okrzykiem: Jestem grzeszny. Potrzebuję cię.

Dominikanin Vincent McNabb zauważa, że mamy modlić się jak celnik z przypowieści.

„Celnik nie wiedział, że został usprawiedliwiony. Gdybyście go zapytali: Czy potrafisz się modlić? Odpowiedziałby: Nie, nie potrafię. Myślałem, żeby zapytać faryzeusza. On pewnie wie o tym wszystko. Ja mogę tylko powiedzieć, że jestem grzesznikiem, moja przeszłość jest taka straszna”.

Okazuje się, że modlitwą celnika modlił się także św. Dominik. A że słynął z tego, że modlił się niezwykle cieleśnie, lubiał kłaść się na ziemi i powtarzać tylko: Panie, zmiłuj się nade mną grzesznym.

Powracała do mnie pomału ta niesłychanie wyzwalająca Nowina, Najlepsza z dobrych, że poza wiernym przychodzeniem do Boga i pokornym liczeniem na Jego pomoc, nic nie muszę, Jego dobre oczy niczego ode mnie nie oczekują. Patrzą z czułością, wzruszeniem na swoją małą córeczkę, co znowu się wywraca i obraża i strzela fochy, jaka małoduszna, nieporadna, poobijana.

Widziałam podobną czułość w oczach mojego Taty. Widzę taką nierzadko w oczach Męża, który kucając przy rozwścieczonym i ciskającym bluzgami (jeteś gupi i niemądry, ić sobie) czterolatku delikatnie go dotyka i mówi łagodnie: „złościsz się synku…”

Jak łatwo o tym zapomnieć. Jak łatwo znów patrzeć na siebie własnymi oczami, a nie Boga!

 

Przypomniałam sobie cytat z pewnej książki, który kiedyś budził we mnie opór.

„To już teraz nie ma żadnego znaczenia – powiedział spowiednik kobiecie, która rozpaczała, że nie miała ślubu kościelnego ze swym mężem rozwodnikiem. – W obliczu śmierci przeszłość traci swą wagę. Żałuj za grzechy, moja córko, i poleć się Bogu. Będę się modlić za ciebie. – Te proste słowa będą z pewnością policzone w ogólnym duchowym dorobku owego księdza: kobieta uznała śmierć za pokutę oczyszczającą ją od niezawinionej winy. Przyjęła komunię i umarła tak pogodna, jakby jeszcze przed kilkunastu godzinami nie miotała się na łóżku, przerażona wizją potępienia” (W. Krzemińska „Starość rośnie wraz z nami” Warszawa 1980)

Mój opór budziła kiedyś łatwość tego rozgrzeszenia, tak proste zniknięcie pokręconej przeszłości i pewnie nie całkiem „niezawinionych” błędów. Jak to: to nie ma żadnego znaczenia?

Dziś mam pewność, że nie ma. Żałuj za grzechy i poleć się Bogu. Wracała do mnie więc ta szalona wolność – o Dominiku mówiono, że był człowiekiem niezwykle wolnym – i poczułam się absolutnie gotowa na śmierć. Teraz, z zerowym, a raczej ujemnym bilansem życia.

 

Bilansujcie, warto. A potem wyciągnijcie puste ręce ku Bogu i powiedzcie: „Zmiłuj się nade mną grzesznikiem! Tylko pięć chlebów i dwie ryby! A minęło 30, 40, 60 lat…” i bądźcie zuchwale pewni, że do Niego należy reszta. Że nakarmi tłum.

A Was podniesie do policzka jak niemowlę.