Zwróciłem ostatnio uwagę, że w całej tej trudnej i złożonej dyskusji nad kwestią Uchodźców, jest coś szczególnie charakterystycznego zarówno jeśli chodzi o argumentację przeciwników, jak i zwolenników przyjmowania Emigrantów. Widać to zwłaszcza we wzajemnych, polemicznych komentarzach i odniesieniach się do siebie obu stron sporu.

Zwolennicy zarzucają przeciwnikom brak empatii, zwykłego ludzkiego współczucia wobec osób znajdujących się w dramatycznym położeniu oraz egoistyczną moralność i to w dodatku opartą na ksenofobii. Przeciwnicy zaś wytykają zwolennikom irracjonalną naiwność, brak zdrowego rozsądku, nieliczenie się z logicznymi konsekwencjami oraz skutkami, które już teraz możemy racjonalnie określić i oszacować. Zapewne jest to moje duże uproszczenie, ale po przeczytaniu pewnej ilości różnych tekstów na ten temat, nie mogę się oprzeć takiemu wrażeniu.

I właśnie w tym wszystkim przypomniały mi się słowa generała naszego dominikańskiego zakonu, br. Bruno Cadore, które usłyszałem od niego w te wakacje. Nie jestem w stanie przytoczyć ich dosłownie, ale brzmiały mniej więcej tak: Wierzę w dwie rzeczy, którymi warto się kierować w życiu, a zwłaszcza w życiu dominikańskim: przyjaźń i zaufanie w rozum. I są one nierozłączne. Bez przyjaźni nawet najmądrzejsze myślenie pozostaje martwe, pozostaje tylko suchym rozumowaniem, albo co gorsza prowadzi do bezwzględności i przemocy, którą dodatkowo wytłumaczy i usprawiedliwi. Ale sama przyjaźń bez rozumu, bez zaufania do myślenia mojego i myślenia innych, jest za głupia, żeby przynieść prawdziwe dobro sobie i drugim. Przyjaźń i rozum. To one sprawiają, że wreszcie serce zaczyna pracować.

Nie wiem jak to robić, ale chciałbym ocalić w sobie te dwie wartości: przyjaźni i zaufania w rozum. Żyć i kierować się nimi na co dzień, także w tak trudnych i złożonych kwestiach jak zajęcie stanowiska w sprawie Uchodźców. I nie być zmuszonym wybierać: albo przyjaźń albo rozum.