Odkąd odeszły bizony

Tyle ostatnio ważnych słów i gestów na Kubie i w Meksyku. Mnie chyba najbardziej poruszyły słowa przeprosin papieża Franciszka wobec „systematycznie wykluczanych i pogardzanych” Indian. Być może dlatego, że kilka tygodni temu czytałem fragment XIX wiecznej rozmowy z ostatnim wielkim wodzem plemienia Wron, o imieniu Wiele Przewag. Rozmowa dochodzi do pewnego momentu i nagle zostaje przerwana przez Wiele Przewag, który wyznaje: „Nie opowiedziałem ci nawet połowy tego, co się działo, kiedy byłem młody. Mogę spojrzeć wstecz i opowiedzieć ci jeszcze wiele o wojnach i kradzieżach koni. Odkąd jednak odeszły bizony, serca moich ludzi upadły na ziemię i nikt ich już nie podniósł. Później nic już się nie wydarzyło. Mało było pieśni. Zresztą tę część mego życia znasz równie dobrze jak ja. Widziałeś wszystko, co się stało, odkąd odeszły bizony.” Nie mam złudzeń, że papież Franciszek podniósł wszystkie upadłe na ziemię serca Indian. Tym bardziej więc porusza mnie, że przy nich klęknął i złożył na nich pocałunek pokoju, prosząc o wybaczenie. Przecież nie tylko w swoim imieniu. Może więc jednak coś się wydarzyło, ponad sto lat po tym wszystkim.

 

***

Chciwość

W najnowszym numerze London Review of Books ukazała się recenzja dwóch włoskich książek, dotyczących finansowych nadużyć w Watykanie. O tych publikacjach było już głośno w Polsce na jesieni, kiedy w prasie przedrukowano kilka fragmentów ze świeżo wydanych książek. Temat więc zupełnie nie nowy, jakoś znany, ale za każdym razem budzący pewne emocje. Tym bardziej w Wielkim Poście. Chciwość jest tak ogromną namiętnością! Zżera od środka, zawęża perspektywę, rodzi zazdrość, nienawiść, nie pozwala się cieszyć i docenić tego, co jest. A przede wszystkim czyni z nas tak śmiesznych ludzi. Żałośnie śmiesznych. A mi się już nie chce śmiać ani z Watykanu, ani z bogatych proboszczów, ani z wielkich imperiów księży dyrektorów. Powoli przestaje mi się nawet chcieć śmiać z samego siebie. Ale to akurat następuje powoli. Bardzo powoli. Ciągle chciwie karmiąc się tym, że u innych jest gorzej i śmieszniej.

 

***

Płacząc

Zazwyczaj staram się uwolnić głowę od trudnych rzeczy, na które nie mam zupełnie wpływu. Robię to na tyle skutecznie, że czasami wypadają mi także z serca. Więc kukułczą głową sięgam po nie znowu, szybko podrzucając je sercu, bez większego roztrząsania. Tylko że wtedy za bardzo boli. I raz jeszcze głowa zaczyna pracować, by po krótkiej próbie rozwiązania nierozwiązywalnego, stanąć chociaż we własnej obronie – usprawiedliwieniem, racjonalizacją, banałem („widocznie tak musi być”), a nawet poezją („Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?”). Aż w końcu kapituluję. To wtedy stoi się pod krzyżem. Z głową i sercem. Całym sobą. Nic nie rozumiejąc.