Może przypadkowo, może przez nieuważne niedopatrzenie, a może za sprawą Bożej opatrzności (czasami mam wrażenie, że taka lista możliwych przyczyn może się ciągnąć w nieskończoność), początek Jubileuszu 800-lecia dominikanów spędziłem w klasztorze ojców benedyktynów w Lubiniu. Na szczęście nie byłem jedynym „biało-czarnym”, bo pojechało nas tam aż trzynastu braci. Byliśmy na tyle liczni w benedyktyńskim klasztorze, że jeden mnich, widząc armię dominikanów wchodzących do zakonnego chóru, przyrównał nas do elfów z Rivendell. Porównanie szalenie urocze i aż miło pomyśleć, że może jest coś na rzeczy, niemniej nasz pobyt w Lubiniu nie miał w sobie nic z typowo elfickich aktywności. Pojechaliśmy tam po prostu, żeby wspólnie trwać przed Panem, w prostej modlitwie serca.

To był bardzo ważny czas. Nie tylko modlitewnie. Także tożsamościowo. Do dominikanów przyprowadziła mnie tęsknota za Bogiem samym, za tym kim On naprawdę jest, za prawdziwą teologią, która nie jest kościelnym żargonem, katechetyczną formułką, czy irytującym moralizowaniem. Moja wiara w Boga szukała Jego samego, zrozumienia kim On jest, jeśli już jest, co zdawało się od lat szeptać serce. I do tej pory nie znajduję bardziej pasjonującego pytania, przy całym intelektualnym bogactwie naszej wspaniałej kultury, z jej pytaniami o człowieka, świat, szczęście, historię i sens mojego życia, jak to jedno: Kim TY jesteś Panie?

Wiara szuka zrozumienia. Jest tak bez cienia wątpliwości. Ale kilka lat temu, na nowicjacie, usłyszałem zdanie, które od tamtej pory noszę w sobie równie głęboko, co tamte słowa św. Anzelma. Wiara szuka adoracji. Stania w Jego obecności. Trwania przed Jego obliczem całym sobą, „całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”. Te słowa usłyszałem od mnicha z Lubinia, o. Maksymiliana Nawary, który wprowadził mnie w modlitwę serca, tzw. medytację chrześcijańską. Proste trwanie przed Panem całym sobą. W tym nie ma żadnych „duchowych sztuczek”, jakiegoś wzniosłego poczucia, wręcz dotykalnej zmysłowo obecności Boga. Wprost przeciwnie. Proste słowa „Panie Jezu Chryste, ulituj się nade mną”, które się ciągle powtarza, pozwalając wszystkim wyobrażeniom, emocjom, wspomnieniom, marzeniom po prostu przejść obok. Zwykłe trwanie bez angażowania intelektu ani uczuciowości. W tym nie ma też żadnych sztuczek relaksacyjnych, z regulowaniem oddechu, czy uspokajaniem ciała i umysłu. To jest modlitwa nakierowana na Boga, którego się nie wyobraża, nie czuje, nie konceptualizuje, ale przed którym się świadomie trwa, takim jakim On jest. Adoracja Boga samego, a nie jakiegokolwiek, nawet najpobożniejszego Jego wyobrażenia. Modlitwa świętych Ojców Pustyni, pierwszych mnichów, których na pustynię wyprowadziło tylko jedno pragnienie – spotkać Boga samego i nie pomylić Go z niczym innym.

Tak, wiara szuka zrozumienia, ale też wiara szuka adoracji. Kiedyś o. Timothy Radcliffe, nasz były generał dominikanów powiedział, że droga do Boga, jest drogą ciągłego tracenia wyobrażeń o Nim. Także tych pojęciowych. I porównał całą drogę poznawania Boga do zbliżania się w pocałunku. Im bliżej twarzy, tym mniej widać. Ale jest się bardziej. I paradoksalnie wie się więcej. O Nim. O sobie. O Nas.

Jedno wydaje mi się najważniejsze. W tym wszystkim nie ma drogi na skróty. Ani w szukaniu rozumienia, ani w szukaniu prawdziwej adoracji. Szybka i prosta teologia (włączając w to tzw. teologię apofatyczną/negatywną) jest zwykłym pobożnym bełkotem albo co gorsza ideologią, a co najwyżej orzekaniem o Bogu, takim na nasz obraz i nasze podobieństwo. Tak samo szukanie mistycznych doznań, wzniosłej adoracji-kontemplacji, bardzo często jest samouwięzieniem  się wewnątrz własnej roznamiętnionej wyobraźni. Jeśli ktoś pragnie Boga, ale Boga samego, dobrze jest wybrać się w drogę z doświadczonymi, o takim minimum 800-letnim doświadczeniu, jak święty Tomasz z Akwinu, czy ponad 1000-letnim świętych Ojców Pustyni. I nie na skróty. Cierpliwie i krytycznie, czyli inteligentnie. Tak po dominikańsku – będąc ciągle w drodze.