Oto lublinian portret własny. Jak wypadamy?

To miasto zasługuje na taką książkę. To zbiór reportaży dziennikarza „Gazety Wyborczej”, który od lat patrzy na ludzi. Spotyka ich, rozmawia z nimi.

Te większe teksty zebrane w tej książce ukazywały się w Dużym Formacie Gazety, te mniejsze, dosłownie często jednostronicowe są tutaj umieszczone po raz pierwszy. One spinają całość jak klamrą. Są oddechem przy lekturze tych, wydawałoby się, ważniejszych. Ale przez swą lapidarność i lekkość, same są małymi, nie boję się powiedzieć, arcydziełami. Choćby jak ten ostatni „Brat”. „Bo ja po prostu nie zwracać uwagi, gdy wyzywają mnie: „Czarnuch”, „Asfalt”, „Małpa” albo krzyczą „Polska dla Polaków”. Nauczyłem się udawać głupiego i nie denerwować i jestem tu bardzo szczęśliwy. Czasem jest mi tylko przykro, kiedy idę z jakąś koleżanką i ją wyzywają. „Nie możesz z kimś innym chodzić, tylko z tym czarnuchem?”. I tak sobie myślę, że samotność czasem jest wręcz potrzebna”. I jeszcze jeden fragment z tych krótkich z tekstu „Lew”: „Muszę powiedzieć, że lwy na Lubelszczyźnie czują się bardzo dobrze. Mają opiekę, wyżywienie. Mimo że na dworze minus 20 stopni, leżą sobie normalnie na wybiegu. To pokolenie, które urodziło się w Europie, całe życie w niewoli”. Można właśnie od tych małych tekstów zacząć lekturę książki reportaży. Jest ich dwanaście.

***

Mariusz Szczygieł, ten od Gottlandu – między innymi, powie o tej książce, a właściwie o autorze: „Paweł ma zaskakujące tematy i świetnych bohaterów. Ma też talent, ale nie tylko reporterski. Otóż ma talent chirurga – jest chirurgiem mentalności. W tej książce pokroił swoim skalpelem Polskę i wyciągnął z jej wnętrza głupotę, nienawiść, mądrość i miłość”. Uchwyciłbym się tego stwierdzenia, że Paweł P. Reszka jest „chirurgiem mentalności”. Reportaże o dziewicy konsekrowanej, o siostrach Betankach z Kazimierza, o sprawiedliwych wśród narodów świata, młodych chłopcach odkrywających swoją homoseksualną tożsamość, o dawcach organów – to przede wszystkim opowieść o tych, którzy żyją wśród nas. Blisko nas, z nami. Reszka ich wydobywa. Staje jakby pośrodku ich życia. Mówiąc o nich, tak naprawdę mówi o nas. Jacy jesteśmy. Mądrzy i głupi. Kochający i nienawidzący. Przyjmujący innych, obcych i nietolerancyjni. Dlatego uważam, że to jest nas, żyjących w Lublinie portret własny. Bo to są reportaże o nas.

I tak proponuję te teksty czytać. Aby stale, gdzieś w tyle głowy przy lekturze reportaży było w nas pytanie: Jacy my jesteśmy? Wszystkie je czytałem tak, jak przez lata powstawały. Ukazywały się na przestrzeni ośmiu lat. Ponowna ich lektura jest dla mnie pewnym osobistym przypominaniem sobie. A nawet zdziwieniem na nowo, że coś było tak właśnie wypowiedzenie czy uchwycone. Nawet krótki fragment, gdzie ja jestem bohaterem, zupełnie już zapomniałem, że kiedyś coś tak osobistego Reszce mówiłem. Wręcz mogę stwierdzić – skleroza, jak mawia przekomarzając się ze mną nasz brat zakonny, lekarz, brat Artur. Ale jeszcze wrócę do określenia „chirurg mentalności”.

Paweł P. Reszka z dużą świeżością języka i lekkością opisu oddaje to, jacy jesteśmy. Nastroje, myśli, napięcia, emocje. Poszukuje zrozumienia odmienności. Próbuje zrozumieć poszukiwanie przez swoich bohaterów tożsamości. I z całości, także tych 12, reportaży ukazuje się portret. Tylko że dosyć niespodziewany. Bo wcale nie statyczny. Różnobarwny i o różnym natężeniu temperatury. Tu nie ma tekstów chłodnych. Nudnych. One wciągają. Mówią te reportaże też coś o naszej religijności, o obyczajowości. Są uchwyceniem zdarzeń, lecz pod ich powierzchnią mówią właśnie o nas, jacy jesteśmy.

***

I jako pointa trzy fragmenty z tych krótkich tekstów. „Ale dla dzieci jestem gotów nawet oddać krew. Zimą robi się przy drzewie, latem u gospodarza przy rumianku czy w polu, pozbiera się też trochę miedzi czy aluminium z pralki czy lodówki starej, no i zapomogi. A krew można oddać raz na osiem tygodni. Jeżdżę do Włodawy. To 31 kilometrów w jedną stronę. Wsiadam na rower i w drogę. W punkcie zwracają mi za bilet, bo mówię, żem autobusem przyjechał, więc te 24 złote są moje. No i czekoladę dają. Wczoraj była właśnie duża radość, bo przywiozłem im po tabliczce. Po jednej dla Arka, Wiktora, Filipa, Jakuba, Paulinki, Nikolo i Nikodemka, lat 12, 11, 10, 9, 7, 3 i 3″.

„Archanioł Michał jest królem wojsk anielskich, a znalazł się na ulicy, gdzie jest deptany i gnojony. Jestem pewny, że mu to przeszkadza. Wiadomo, jak to jest, ktoś furmanką przejedzie, bydło przejdzie, lecą odchody, jest błoto pośniegowe, sypie się na niego sól. Podczas obrad rady miasta upomniałem się o Michała Archanioła. Ale powiedziano mi, że klapy studzienek kanalizacyjnych z jego wizerunkiem zostaną. Jest na nich święty, bo jest też w herbie Białej Podlaskiej. Studzienki są miejskie, więc i herb również”.

„Stanąłem nago obok kas i promocji kawy. Chciałem się sprzedać. Miałem kartkę z ceną człowieka: 9,99. Przybiegła ochrona marketu. Nie stawiałem oporu. Złapali mnie, próbowali wynieść. Ale pojawił się problem. Wysmarowany olejem wyślizgiwałem się ochroniarzom. Ciężko mnie było uchwycić. W końcu zostałem owinięty w papier i zaciągnięty do kantorka. Ten pan zemdlał, tłumaczyli ludziom ochroniarze, ciągnąc człowieka na sprzedaż. To był mój protest przeciwko konsumpcjonizmowi, przeciwko temu, że dziś wszystko można kupić”

 

Paweł Piotr Reszka, Diabeł i tabliczka czekolady. Biblioteka Gazety Wyborczej 2015.

 

Tekst z Gazety Wyborczej Lublin 19.04.2015.