Trzy dni temu będąc na spacerze zupełnie przypadkiem, dostrzegłem w księgarni tę książkę. Słyszałem już, że ma wyjść. I kupiłem natychmiast. Również natychmiast ją przeczytałem. Tak naprawdę 250 stron w jeden dzień. Byłem ciekawy, co też tam jest i zarazem jak została napisana. Całkowite, pozytywne i jakże urocze zaskoczenie.

feldman-1

Myślę o odnalezionej po latach powieści Krystyny Feldman. Aktorki, z którą, jeśli tak można powiedzieć, przeszliśmy kawałek wspólnej drogi. Książka „Światła które nie gasną” została w pięknie wykaligrafowanym rękopisie odkryta przez rodzinę po śmierci Feldman. Zmarła w styczniu 2007 roku, obchodziłaby teraz stulecie urodzin. Dzięki, że znaleźli się ludzie, którzy powieść wydali.

Akcja toczy się w teatrze i wokół teatru. Czyta się ją z jakąś nutą sensacji i chęcią dotarcia do finału, żeby zobaczyć jak to się zakończy. Ludzkie losy, czyli miłość, w tle druga wojna światowa i jej tragedie. Ludzkie charaktery opisane żywo, teatr jakże realistycznie od strony za kurtyną. Ukryte miejsce, nie wiemy o jaki teatr chodzi. Nie wiemy też gdzie została napisana i tak naprawdę – kiedy. Ale powieść wciąga sama w sobie. Nawet myślę, że może i znajdzie się ktoś odważny, kto by ja sfilmował lub wystawił jako sztukę. Mam wrażenie, że jest niedokończona. Na pierwszej stronie jest nawet wpis autorki: część I.

Czytając wracałem do swoich z Krystyną Feldman spotkań i projektów. Od telewizyjnych rozmów W drodze, poprzez słynne tańce przy ognisku w Krosinku pod Poznaniem i na Morawsku u Tecława Aleksandra, po słynną już wizytę w Lublinie z Nikiforem – opisaną przeze mnie w tekście pośmiertnym w Tygodniku Powszechnym. Do wielu, wielu rozmów i wspólnych wystąpień. W Hermanicach na łące, którą ojciec Jan Góra zamienił w letnie obozy, czy do wizyty w Teatrze w Bydgoszczy na prezentacji rozmów z abp Muszyńskim.

I mógłbym tak z pamięci wymieniać jeszcze długo, ale na zawsze pozostanie mi jej obraz, jak w zakrystii naszego poznańskiego klasztoru przygotowuje się do niedzielnych czytań mszalnych. I jak wysadzona przypadkowo w Nałęczowie przez jakiegoś wielbiciela z pociągu jadącego do Lublina – wpada nagle po prawie godzinnym spóźnieniu do hali dworcowej i rzucając mi się na szyję mówi: Ojcze wiedziałam, że będą ze mną kłopoty.

Teraz, po latach, to wszystko odżywa, gdy czyta się jej powieść, chyba pisaną w końcu lat czterdziestych XX wieku. I można raz jeszcze powiedzieć za Andrzejem Wajdą: nikt – poza Cybulskim w Popiele i diamencie – tak nie zagrał w polskim kinie swej roli, jak Krystyna Feldman w Nikiforze.

„Światła, które nie gasną” – jej światło rozpaliło się na nowo i to w zupełnie zaskakującym kontekście.

feldman-22