Upał w Szczebrzeszynie. A mistrz Jan o Lipie mawiał:
„Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
Nie dójdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawsze chłoden wiatry z pola zawiewają…”. Tak było w XVI wieku, tak jest i teraz.
Festiwal Stolica Języka Polskiego. Bo tutaj chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie.

Nie ma lepszego sposobu spędzania wakacji jak uświadomienie sobie, że „cała nadzieja w literaturze”. Spotkania z pisarzami, spotkania z aktorami, spotkania z muzyką. Felieton nie pomieści wszystkich nazwisk, kto tutaj był. Ale tłumy największe na spotkaniach z Hanna Krall, Wiesławem Miśliwskim, ks. Adamem Bonieckim, na występach Ireny Santor, spektaklach z udziałem Andrzeja Seweryna, Hanny Nehrebeckiej, Mai Komorowskiej, zespołu Kairos i śpiewie Adama Srtuga. I wielu innych.

Coś pomiędzy osobistym czytaniem, a uniesieniem, i zachwytem, gdy wielu ludzi naraz doświadcza tego samego. Namiot literacki, łąka nad Wieprzem, czy stary cmentarz przy cerkwi ze sceną tak ustawioną, aby synagoga była w tle. I wielogodzinne kolejki aby otrzymać autograf od ulubionego autora. Sam swoje trzy grosze do tego wszystkiego dorzuciłem, w różnych odsłonach i konstelacjach.
A wcześniej jeszcze był Męćmierz i debata z Sewerynem Aszkenazym o Żydowsko – Polskich, chrześcijańsko – żydowskich relacjach. To było też na Festiwalu, tym razem Dwa Brzegi.
Kto nie był w Szczebrzeszynie, niech po prostu żałuje, gdyż stale przecież chodzi oto „ by język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. I by to pięknie, i prosto wyrażać w języku polskim. Naszym ojczystym.
A wracając do Kochanowskiego:
„ (…) Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.
A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Ze człowiekowi łacno sen przypadnie”.

A ów człowiek, wie co to znaczy, gdy doświadczy prawie co dnia życzliwości lubelskich sióstr Popik z „ich” mężem Januszem.