Był ostatnim czeskim dominikaninem, który wstąpił do zakonu przed przejęciem władzy przez komunistów w Czechosłowacji w lutym 1948 roku. W 1950 roku jako nowicjusz został wypędzony z klasztoru, internowany a potem wcielony do specjalnej jednostki wojskowej. Później przez lata pracował fizycznie, studiował, skończył seminarium, był proboszczem i emerytem, cały czas pracując nielegalnie, duszpastersko w podziemiu.
Poznałem go jeszcze w czasach komuny, gdy przyjeżdżałem do braci żyjących w podziemiu, za naszą południową granicą. Pamiętam dwa takie spotkania. W Brnie, w drugiej połowie lat 80 XX wieku. W legendarnym mieszkaniu na ulicy Slevackiej przyjął nas starszy pan, który na powitanie poczęstował młodych dominikanów po kieliszku śliwowicy – później, gdy to opowiadałem, to było nie do uwierzenia, bo sam nie pił alkoholu. I na pytanie jak się ma, odpowiedział frazą, którą zapamiętałem na całe życie: lepiej niż na to zasłużyłem.
Po roku, jeszcze za komunizmu, uczestniczyłem w otwarciu podziemnego klasztoru w Ołomuńcu, blisko dworca kolejowego. Ojciec Jordan miał kazanie. Mówił, że tu jest teraz klasztor, a w klasztorze musi być klauzura. Lecz nie można jej zachowywać, gdyż to podziemny, nielegalny klasztor, więc normalny dom, a i my musimy iść do pracy każdego dnia. I przypomniał nauczanie św. Katarzyny ze Sieny o celi wewnętrznej, którą każdy ma nosić w swoim sercu. Cela zakonna jako miejsce spotkania z Bogiem i cela wewnętrzna, bo spotykamy Go w sobie.
Nigdy nie mieszkałem z nim w klasztorze. On był w Ołomuńcu, ja w Pradze. Ale zawsze lubiłem z nim rozmawiać. To były rozmowy zasadnicze. O Bogu, wierze, klasztorze. Prowadził duchowo, spowiadał wielu ludzi. Do końca życia. A życie zakonne traktował poważnie. Stawiał sobie wymagania. Był człowiekiem, któremu zależało na zbawieniu innych ludzi. Bardzo dobrze wykształcony jako tomista. Otwarty i czekający na każdego, kto poszukiwał pogłębionego życia duchowego. Niektórzy mawiali, że trochę dziwaczył, ale starego wina nie wlewa się do nowych bukłaków. Pan Bóg postawił go i na mojej drodze życia, dlatego dobremu Bogu jestem wdzięczny za życie ojca Jordana. Zmarł mając 95 lat. A nam wszystkim wydawało się, że kto jak kto, ale on będzie żył wiecznie. On już wie, że tak jest.