Trochę cicho (w każdym razie poza Krakowem) o wczorajszej 50. rocznicy święceń o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego, naszego dominikańskiego współbrata i duchowego ojca tak wielu osób. A przecież to postać niebanalna, jak niebanalnym i proroczym było przyjęcie zakonnego imienia na cześć Dobrego Papieża św. Jana XXIII. Została wysłuchana modlitwa Pana żniwa, aby w nowych czasach Kościoła wyprawić robotnika na żniwo, do tych co znękani i porzuceni. Ale przede wszystkim człowiek z krwi i kości, który swe kapłaństwo uczynił partnerskim w stosunku do świeckich, bez paternalizmu i klerykalizmu. Metodą duszpasterzowania miał być dialog, w duchu Jana XXIII  na drodze, na którą zaczął wchodzić Kościół posoborowy. „Cóż nas od siebie dzieli? Nasze poglądy? Przyzna Pan, że to tak niewiele” – stwierdził patron Jubilata, jeszcze jako nuncjusz w rozmowie z przewodniczącym francuskiego Zgromadzenia Narodowego i przywódcą partii radykalnej, Eduardem Herriotem. I dodajmy, dialog bez napuszenia i akademickiej sztywności. „Cięty język, z lekka ironiczny, inteligentny dowcip, do tego wybitny intelekt, ale też czułość duchowa. Komu można te cechy przypisać? Tylko Kłoczowi” – mówili na 80. urodziny wychowankowie Jubilata.

Pozwolę sobie napisać kilka moich, bardzo prostych i banalnych refleksji, wyrażających moją wdzięczność kapłaństwo i braterstwo ojca Jana. Nie wyobrażam sobie mojego dominikańskiego życia, mojego spojrzenia na Kościół i świat bez Jego wpływu. Gdy pod koniec nowicjatu w Poznaniu zobaczyłem o. Jana, przeraziłem się. Nie „Kłoczem” ale studiami w naszym krakowskim Kolegium, którego był wówczas rektorem. Moja wdzięczność, że właśnie ojciec Jan był moim rektorem jest nieprzeceniona. Ówczesny rektor ogromny nacisk kładł na samodzielne myślenie i dyskusję, bardziej zapamiętywanie „materiału”. Jako filozof pilnował świetnego poziomu na pięciu semestrach filozofii. Studia w czasach prof. Kłoczowskiego dały mi odwagę i pasję studiowania, a była i jest to przede wszystkim pasja „Innego”. Zawdzięczam fascynację Filozofią Dialogu, która ukształtowała moje spojrzenie na rzeczywistość. Wspomnę na marginesie, że wykłady z tego nurtu w dużej mierze prowadził także  – dziś z takim oddaniem i profesjonalizmem zaangażowany w rozwiązywanie problemów z pedofilią w Kościele polskim – jezuita, ojciec Adam Żak. U niego pisałem końcową pracę z Martina Bubera. Znana jest zabawna historia z egzaminu z filozofii dialogu u ojca Jana jednego z naszych braci. Na pytanie, co ci mówi „twarz innego”, ów brat miał udzielić salomonowej odpowiedzi, że „twarz innego mnie nie obleje”, co ojciec Jan odebrał z ogromnym humorem i zdrowym dystansem.

Ojciec Jan to profesor i filozof, który był zawsze blisko ludzi. Nieoceniony duszpasterz akademicki (nie tylko studentów ale i środowiska akademickiego) i kaznodzieja. Konferencje i kazania ojca Jana, na czele z tymi, które głosił mi i moim braciom przed ślubami wieczystymi i w trakcie ślubów (na zdjęciu), pracują ciągle we mnie.

O niepretensjonalnym sposobie bycia i świadectwie braterstwa nie wspomnę.  I jeszcze a’propos głoszenia o. Jana pozwolę sobie sparafrazować słowa Franza Kafki, który pisał o tym, jaki rodzaj książek powinniśmy czytać: „Sądzę, że powinniśmy głosić i słuchać tylko ten rodzaj kazań, które nas ranią i przeszywają… Potrzebujemy homilii, które wpływają na nas jak katastrofa, które głęboko nas zasmucają, jak śmierć kogoś kogo kochaliśmy bardziej niż siebie samych, jak wygnanie go do lasu z dala od kogokolwiek, jak samobójstwo. Głoszenie musi być siekierą dla zamarzniętego morza wewnątrz nas”.  Taka była przejmująca i bardzo osobista homilia z przed roku, po pierwszym filmie braci Sekielskich. Tu pełny zapis homilii:

https://www.dwunastka.krakow.dominikanie.pl/mp3/2019-05-19-hom.mp3?utm_source=deon&utm_medium=link_artykul

Nie byłoby chyba takiej nam dziś znanej historii ojca Jana, gdyby nie między innymi czas formacji pod okiem ojca Joachima Badeniego w poznańskim duszpasterstwie akademickim, gdy wówczas Andrzej Kłoczowski studiował historię sztuki. Kolejne zdjęcie, które umieściłem przedstawia młodego studenta z bujną czupryną, obok ojca Joachima i otoczonego wianuszkiem młodych studentek (w tym mojej duchowej przyjaciółki Kasi Kostrzewy, której zawdzięczam fotografię). Andrzej Kłoczowski miał ponoć wzięcie.

I tu poruszę kolejny wątek mojej wdzięczności, czyli utwierdzenie i pokazanie horyzontów w moim zamiłowaniu do piękna i sztuki. Pozwolę sobie przytoczyć barwną historię ze „sprawdzania” ojca Badeniego:

Twierdził [prof. Jerzy Kłoczowski, rodzony brat o. Jana, powstaniec warszawski], że to niesłychanie ciekawa i barwna osobowość. Chciałem sam się przekonać, jaki naprawdę jest, i postanowiłem zrobić mu test. Jako student historii sztuki zaprosiłem go na wystawę malarstwa abstrakcyjnego. Bardzo mnie interesowało, jak się zachowa, widząc takie obrazy. Byłem przekonany, że będę miał do czynienia z typową reakcją: szybko usłyszę, że to bohomazy, nikt nie rozumie takiej sztuki, i tak dalej. Potwierdziłaby się wtedy moja młodzieńcza teza, że księża nie orientują się w problemach kultury. No i przyznam, że byłem zaskoczony! Tak kompetentnych, indywidualnych komentarzy nigdy wcześniej nie słyszałem. Dzisiaj nawet nie pamiętam, czyje to były dzieła. Ale wiem, że wszystko, co ojciec mówił, pasowało do jego platońskiej wyobraźni, która była abstrakcyjna i w pewnym sensie matematyczna. Czysty formalizm bardzo mu odpowiadał, choć jego umysłowość była raczej narracyjna.*

Szczególnie polecam książkę wydaną w Wydawnictwie Literackim „Boskie oko, czyli po co człowiekowi religia. Z o. Joachimem Badenim i o. Janem Andrzejem Kłoczowskim  OP rozmawiają Artur Sporniak i Jan Strzałka”, która jest wspaniałym zapisem głębokiej więzi między duchowym ojcem i synem, nauczycielem i uczniem, między braćmi w Zakonie.

Groteskowym byłoby życzenia 100 lecia kapłaństwa, ale trwałych – na całą wieczność owców Twego braterskiego i niesklerykalizowanego kapłaństwa w ludziach jak najdłużej, Ojcze i Bracie.

*Judyta Syrek, „Nie bój się żyć. Biografia ojca Joachima Badeniego”, Kraków 2014, s. 195.