Każde przyjście na świat jest największym cudem. Wiara rodziców w ten cud, wyszeptanie o nim poczętemu dziecku i utulenie go w chwili narodzin, jest warunkiem koniecznej dzielności, aby w przyszłości dziecko, które stanie się dorosłym miało zawsze niezachwianą pewność, że Jego życie jest nadal niewypowiedzianym cudem.

„Ty bowiem ukształtowałeś moje wnętrze, utkałeś mnie w łonie matki” (Psalm 139, 13) – obraz Michele P. Tripp

Wzruszam się na myśl o naszym pierwszym spotkaniu

w tamto późne popołudnie.

Jeszcze nigdy dotąd nie czułem się tak jak wtedy, tak kochanym.

i wiem, ze kiedyś..

Zachwycisz się

Tamtym wielkim drzewem

Śpiewem ptaków

Podmuchem wiatru

Szumem morza

ciepłym deszczem w jesienny nastrój

Wschodzącym słońcem, zapachem gór

O poranku.

 

I pewnie też kiedyś ze smutku pęknie Ci serce, wtedy otrzyj łzę i kochaj.

 

Wiedz, też ze jestem. I zawsze

Rozjaśnię Ci drogę, tak jak Ty zrobiłeś to dla mnie …

zabiorę Twoją trwogę, tak jak Ty zabrałeś moją …. będąc bezbronnym.

Więc teraz spróbuj wstać.

Wstań, pomogę.

 

Z każdym kolejnym dniem możemy żyć jaśniej

słyszę jak wołasz

Jeszcze nigdy dotąd nie czułem się tak jak teraz, tak kochanym.

i wiem, ze kiedyś i Ty…

Tak śpiewa swojemu narodzonemu synowi Igor Herbut, młody artysta łemkowskiego pochodzenia:

 

Jak dramatycznie mozolnej pracy nad tym, by uwierzyć, że życie jest cudem (łaską Boga) potrzebuje osoba dorosła, której nie szeptano w poczęciu, narodzinach i w dzieciństwie, że jest kochana i ważna. Powiedzieć po ludzku: „kocham i przyjmuje swoje życie”, a w języku wiary: „każdy dzień mojego życia jest łaską Boga” wymaga ogromnej wewnętrznej dzielności psychicznej i duchowej. Święty Jan pisze w Prologu, że „Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył” (J 1, 18). W tym łonie Ojca, z którego wyszedł – został zrodzony Syn, my zostaliśmy w największą czułością wypragnieni i wypowiedzeni. Codzienny duchowy dialog rozpostarty między pełnymi czułości wypowiadanymi słowami Boga „Dziecko, ty zawsze jesteś ze mną… ” (Łk 15, 31) i nie mniej czułą codzienną odpowiedzią człowieka wierzącego w Modlitwie Pańskiej:  „Abba, Tatusiu” ma wymiar duchowej terapii. Polega ona na powrocie „łona Ojca”, czyli do pierwotnej pamięci serca o zamyśle Bożej miłości względem człowieka, który jest pierwotna w stosunku do każdego ludzkiego przyjęcie lub nieprzyjęcia: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona (z hebr. rahamim)? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie!” (Iz 49, 15)

]

ikona „Dusze sprawiedliwych w ręku Boga”

Jan Chrzciciel czczony jest w Liturgii z powodu podwójnych narodzin: do życia ziemskiego i do życia wiecznego w niebie. Ale pomiędzy nimi rozpościera się długa droga dołączenia do tych, którzy się narodzili – zgodnie z sugestią, którą Jezus wyraził wobec Nikodema – z Ducha i „Je (Słowo) przyjęli [i] dało moc stania się dziećmi Bożymi, którzy wierzą w Jego imię,  którzy nie z krwi ani z woli ciała, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga zostali zrodzeni” (J 1, 12).

Każde z trzech narodzin Jana wymagało wiary w łaskę Boga. Prorok Jochanan, którego imię znaczy „Jahwe jest łaskaw”, miał ogłosić Izraelowi, że  „gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, [to] łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa” oraz „Z Jego [Słowa] pełności wszyscyśmy otrzymali – łaskę po łasce” (J 1, 17). Wcześniej, Zachariasz i Elżbieta musieli uwierzyć, że ich życie jest łaską, a Bóg nie pozbawił ich błogosławieństwa – jak złowieszczo i w ukryciu mogli szeptać niektórzy w Izraelu, z powodu niepłodności Elżbiety.

Potem Jan, gdy zawisł nad nim miecz męczeństwa, sam musiał zmagać się o wiarę, że łaska Boga go nie opuściła. Zamknięty w więzieniu przeszedł najtrudniejszy etap narodzin z Ducha. Ten, o którym Jezus mówił, że „wśród urodzonych z kobiet nie pojawił się nikt większy…” musiał teraz z rozsławionego proroka narodzić się do czegoś paradoksalnie trudniejszego niż kontrolowana dorosłość i stać się dzieckiem, gdyż „najmniejszy w królestwie niebieskim znaczy więcej niż On” (Mt 11, 11)

Jan Chrzciciel w więzieniu, znajdując się w sytuacji granicznej, „utkany” został okryciem już nie ze sierści wielbłądziej – atrybutów mocy i niezależności lecz lęku przed śmiercią. Przed uczniami odsłoniło się „dziecko królestwa” ze swoją ludzką bezbronnością lęku i pytań, bo – jak pisze Hans Urs Von Balthasar w książce „Chrześcijanin i lęk”:

im więcej bezbronności, tym większe otwarcie na Boga i dla Boga, i tym samym większy napływ Jego mocy, Jego większa obecność w człowieku. Nikt nie jest w swoim stosunku do Boga tak bardzo bezbronnie wyeksponowany jak święty, toteż nikt nie dorówna mu w gotowości przyjęcia każdego lęku; a przecież właśnie to jest kwintesencją każdego męstwa i każdego rynsztunku, który ofiaruje Bóg.

Teraz już Ten, na Którego Jan wskazywał nad Jordanem, może do niego mówić: „zabiorę Twoją trwogę, tak jak Ty zabrałeś moją …. będąc bezbronnym” (Igor Herbut). A Jan może odpowiedzieć, słowami apostoła Pawła: „Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował – żebym się nie unosił pychą. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz [Pan] mi powiedział: «Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali». Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” (2 Kor 12, 7-10).

Nieustanne rodzenie się do bycia dzieckiem jest warunkiem dzielności. Dziecięctwo jest najbardziej szczelnym pancerzem, który pozwala pozostać odpornym na labilność ludzkich zaszczytów, pozycji i społecznych ról, o czym pisze autobiograficznie ks. Tomáš Halík:

Jak znosisz ten nawał zaszczytów – nie boisz się, że ci to uderzy do głowy?” – pytali mnie przyjaciele. Na szczęście, wszystkie te i następnie uznania przyszły mi w tym wieku, gdy człowieka jest już „ponad to” – i były zawsze równoważone rodzimymi przejawami zawiści i wrogości. A przy tym pomocna mi była pewna technika: zawsze przypominałem sobie chwilę, w której byłem naprawdę dumny i kiedy wyczerpałem chyba na całe życie dawkę pychy, do jakiej człowiek jest zdolny. Miałem wówczas siedem lat i działo się to podczas wakacji w Domažlicach. Przez pewien czas chodził wtedy po ulicach nocny stróż, otoczony dziećmi i turystami, i ogłaszał śpiewem godzinę dziewiątą, dziesiątą i jedenastą (zanim komuniści tego nie zakazali, gdyż w tej przyśpiewce była mowa o Bogu). Kiedyś stróż wetknął mi do ręki swą latarnię. Mogłem ja nieść, idąc obok niego, chyba przez pół rynku. Wtedy naprawdę duma uniosła mnie aż do gwiazd – gdy w późniejszych czasem spotykałem się z papieżami, kardynałami i prezydentami i otrzymywałem wszelkiego rodzaju uznania, już mnie to nie napawało taką dumą . To uczucie największej dumy, kiedy naprawdę czułem się pępkiem świata, miałem już dawno za sobą – to było wtedy, kiedy zostałem prawą ręką domažlickiego nocnego stróża. Chyba mogłoby to funkcjonować także jako rada dla rodziców – życzcie dzieciom, żeby doświadczyły sławy we wczesnym wieku, wówczas na starość już im się to sprzykrzy i nie zepsuje ich.*

*Tomáš Halík, Autobiografia. Od „podziemnego Kościoła do labiryntu wolności”, Kraków 2020, s. 317n.