Życie każdego i każdej z nas, życie chrześcijańskie jest wszczepione w tajemnicę paschalną naszego Pana. Doświadczamy życia, więcej życia, ale za cenę umierania, zgodnie z prawem ziarna pszenicznego. Jak powiedział nasz Pan: „Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (J 12, 24).
„Jeśli obumrze, przynosi plon obfity”.
Żeby prawdziwie żyć, umieramy na wiele sposobów, rezygnując niekiedy z naszych planów, ambicji, zamiarów, ale ostatecznie to śmierć fizyczna na końcu naszego ziemskiego życia jest oddaniem Bogu tego, co do Niego należy – naszego ziemskiego życia, które otrzymaliśmy od Niego, życia, które przecież nie należy do nas, nie jest naszą własnością. Nie stworzyliśmy go, nie wymyśliliśmy, nie zaplanowaliśmy jego początku. Otrzymujemy je w dzierżawę na jakiś czas, jak biblijni dzierżawcy winnicy.
Zdajemy w naszym życiu wiele egzaminów, formalnych i nieformalnych, w szkole i w życiu, szkolne klasówki, matura, egzaminy na studiach i zawodowe, prawo jazdy, itd., ale pozostaje jeszcze ten ostatni egzamin, do którego przygotowuje nas całe życie.
Jan Zając urodził się w Rudawie, niedaleko Krakowa. Jego rodzice to Stanisława i Piotr. Miał czworo rodzeństwa; trzy siostry: Annę, Marię i Stanisławę, z nami dzisiaj jest Maria, oraz brata Henryka. W Krakowie uczył się w szkole gastronomicznej, potem skończył liceum, przez jakiś czas pracował, a jako 24 latek wstąpił do zakonu dominikańskiego. Po złożeniu profesji wieczystej krótko pracował w naszych klasztorach w Poznaniu i Warszawie, a w styczniu 1979 roku wyjechał do Rzymu, gdzie przez blisko 40 lat pracował jako zakrystianin w dominikańskiej bazylice Santa Sabina na Awentynie.
Rok po przyjeździe do Rzymu tak pisał do ówczesnego prowincjała o. Michała Mroczkowskiego: „ten rok był chyba jednym z najszczęśliwszych w moim życiu, nie tylko w osobistym życiu wewnętrznym, ale przede wszystkim na płaszczyźnie życia apostolskiego. Miałem sposobność zetknięcia się z takimi osobistościami jak papież Jan Paweł II, królowa Belgii, żona kanclerza Schmidta, Andreotti… Zresztą wystarczy tutaj żyć, żeby być szczęśliwym. Rzym jest chyba najbardziej oszałamiającym i cudownym miastem świata, które nosi niezatarty ślad wszystkich cywilizacji, wszystkich sztuk, począwszy od egipskiej, greckiej, rzymskiej aż po najbardziej nowoczesne. Każdy czyn geniuszu ludzkiego zostawił tu niezatarty ślad…”.
I tak oto, Jan Zając stał się Giovannim, jak go nazywaliśmy.
Lista tych znanych osób, które poznał w Rzymie rosła imponująco z każdym kolejnym rokiem. Każdemu chętnie pokazywał swoje zdjęcie z Sophią Loren, podczas wizyt w Santa Sabina kolejni papieże, Jan Paweł II i Benedykt XVI zawsze pamiętali o przywitaniu się z Giovannim.
Nie potrzebował przepustki wchodząc do Watykanu, znali go wszyscy gwardziści z Gwardii Szwajcarskiej, salutowali, witali go uśmiechem, on i jego goście wchodzili do Bazyliki Watykańskiej na ważne uroczystości bez wymaganych zaproszeń przed kardynałami i ambasadorami.
Po śmierci Jana Pawła II był w bazylice watykańskiej codziennie, żeby modlić się przy jego grobie.
Giovanni gościnnie dzielił się Rzymem z wszystkimi, którzy odwiedzali Santa Sabinę. Gościł nas, zawoził na dworzec, do Watykanu, oprowadzał po Rzymie, wiózł do Castel Gandolfo, na plażę w Ostii, gdzie sam pływał długo w jesień.
Na temat jego gościnności mogłaby powstać książka. W latach 80-tych polscy pielgrzymi przyjeżdżali do Rzymu z ubogiej Polski i musieli cały czas się zastanawiać, czy stać ich na kupno Coca-coli, ile złotówek będzie ich kosztowała pizza, metro, woda mineralna.
Giovanni troszczył się o polskich pielgrzymów, podróżnych i emigrantów, gościł ich w Sabinie, karmił, dawał pieniądze, nikogo nie wypuścił z pustymi rękami. Spełniał rzeczywiście wezwanie Jezusa: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!” (Mt 10, 8).
Ktoś może powiedzieć: proszę nie mówić o zmarłym, na liturgii trzeba mówić o Bogu. No właśnie o Bogu, o Jego dobroci i łasce, którą okazuje w życiu swoich sług. Świadkowie przekonują nas, że można żyć Bogiem.
Słyszeliśmy w dzisiejszym pierwszym czytaniu to wezwanie z Listu do Hebrajczyków: „Pamiętajcie o starszych, którzy głosili wam słowo Boże, i rozpamiętując koniec ich życia, naśladujcie ich wiarę! Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki. Nie dajcie się uwieść różnym i obcym naukom, dobrze bowiem jest wzmacniać serce łaską, a nie pokarmami, które nie przynoszą korzyści” (Hbr 13, 7-9).
Uczymy się od tych, którzy żyją przed nami, jak to jest „umacniać serce łaską, a nie pokarmami, które nie przynoszą korzyści”. Jak to zrobić, żeby nie dać się „uwieść różnym i obcym naukom”?
Prawda o Giovannim to prawda o jego życiu z Bogiem. W Santa Sabina prawie mieszkał w bazylice, spędzał tam całe dni, zawsze obecny na liturgii klasztornej, zawsze z różańcem, często adorował Najświętszy Sakrament w kaplicy św. Katarzyny ze Sieny. W bazylice najłatwiej go było spotkać.
Tak było również w Krakowie po powrocie do Polski. Tak go zapamiętamy. Ciągnęło go do Boga, do obecności Boga. Nie żałował na to czasu.
Kiedy już był chory, niesamodzielny, co jakiś czas próbował o różnych porach dniach podnieść się z fotela tłumacząc, że musi iść a to na mszę, a to na nieszpory.
Chciał także co chwila jechać do Santa Sabiny, na spotkanie z Generałem Zakonu, na wizytację.
Były prowincjał polskiej prowincji, o. Krzysztof Popławski, który w Sabinie spędził z Giovannim kilka lat, powiedział o nim: „Był człowiekiem Kościoła. Żył tym, co się dzieje w Kościele, co robią kolejni papieże, co się dzieje w Watykanie”. To było dla niego ważne, modlił się w tych intencjach.
Kiedy zapytałem „Panią Ordynator” naszego klasztornego oddziału szpitalnego, drogą nam wszystkim Sylwię, która przy każdym z naszych chorych zostawia kawałek swojego serca, co mam powiedzieć w tym pogrzebowym kazaniu, powiedziała: „proszę powiedzieć o tym, że Giovanni nie był skoncentrowany na sobie, był oderwany od siebie, oddawał się ufnie i łagodnie w nasze ręce”.
„Oddawał się ufnie i łagodnie w nasze ręce”. To prawda. Takie było doświadczenie nas wszystkich, którzy go pielęgnowali, karmili, odwiedzali. Pomyślałem o słowach Jezusa z dzisiejszej Ewangelii, kiedy mówi o sobie: „Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam je oddaję” (J 10, 17-18).
Otrzymujemy życie od Boga, żeby się nim cieszyć – do granic możliwości, ale tak, aby chwalić Boga. Wtedy życie smakuje najlepiej, prawdziwie. I tak zapamiętamy Giovanniego, jako tego, kto potrafił cieszyć się życiem: sportem, rowerem, piłką nożną, rodziną, przyjaźniami, spotkaniami z ludźmi, podróżami.
Był bardzo związany ze swoją rodziną. Dziękujemy, że go odwiedzaliście, że utrzymywaliście z nim kontakty. Był z Was dumny; kiedy trwała dyskusja nad wyborem selekcjonera reprezentacji Polski w piłce nożnej, chodził pewny siebie po korytarzu i powtarzał: „tylko Nawałka, Adam Nawałka”. A potem w czasie meczy reprezentacji mówił: „Już do niego dzwoniłem, ale nie odbiera, pewnie zajęty…”
Cieszymy się życiem, ale potem oddajemy je Bogu, bo przecież nie należy do nas, nie stworzyliśmy go, nie wymyśliliśmy, nie posiadamy go. Nie jesteśmy właścicielami, ale dzierżawcami winnicy.
Oddajemy swoje życie ufnie Bogu, nikt nam go nie zabiera. Oddajemy je, bo wiemy, że otrzymamy je ponownie, z Bożych rąk, na zawsze, w niebie: życie wieczne. Życie podarowane, nie ukradzione, nie przywłaszczone, ale właśnie – podarowane.
Ciesz się Bogiem Giovanni. Do zobaczenia.
Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. A światłość wiekuista niechaj mu świeci. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen.