W tym roku obchodzimy czterystu lecie dominikańskiej obecności w Gidlach i opieki nad czczoną od 499 lat, w maleńkiej figurce, Matki Bożej Uzdrowicielki Chorych. Rocznica stała się okazją do spotkania w połowie czerwca, w ramach poszerzonej rady prowincji, wszystkich przeorów i przełożonych.

W czasie wspólnej Eucharystii przeor gidelski, o. Andrzej Konopka zauważył, że gdy obchodzono trzecie stulecie klasztoru w Gidlach, mieszkał tam wówczas ostatni dominikanin Polskiej Prowincji o. Gabriel Świtalski. Zacząłem wówczas rozmyślać o wolności tego człowieka.  Paradoksalnie, bo przecież skazany był na domknięcie historii Polskiej Prowincji w ojczyźnie, która nadal nie cieszyła się wolnością, choć rozpoczęta wojna zapaliła jakąś iskrę nadziei na nią.  Historia odchodzenia okazało się jednak historią życia. Wiele lat temu Timothy Radcliffe OP wygłosił do osób konsekrowanych we Francji  konferencję o tym, jaki sens ma dzisiaj życie zakonne, zatytułowaną „Niedźwiedź i mniszka”. Użyty jako symbol siły i ekonomicznego zwycięstwa niedźwiedź przeciwstawiony został mniszce śpiewającej w ciemnościach u stóp paschalnej świecy:

„(…) to nie niedźwiedź wyraża podstawową intrygę dziejów ludzkości. Na zewnątrz, w ogrodzie, celebrans wyrył na świecy znaki, mówiąc: „Chrystus wczoraj i dziś. Początek i Koniec. Alfa i Omega. Jego jest czas i wieki. Jego jest chwała i potęga na wieki wieków. Amen”.  Życie zakonne jest żywym Amen wobec tej perspektywy. To właśnie w przestrzeni historii, pomiędzy Alfą i Omegą, pomiędzy Stworzeniem i Królestwem, każdy winien odnaleźć swój sens. Jesteśmy tymi, którzy żyją dla Królestwa”.

Amen ojca Gabriela, wydobywające się z wnętrza miłości silniejszej niż wszelkie obumieranie, było ostoją jego wewnętrznej wolności. Nie widziałby sensu trwania w pojedynkę,  gdyby wierzył w to, o czym kilkadziesiąt lat później mówił kardynał Basil Hume:

„My sądzimy, że mamy jakąś specjalną misję czy funkcję w Kościele. Nie jesteśmy przeznaczeni do zmienienia biegu historii. Po prostu jesteśmy, gdzie jesteśmy, nawet przypadkiem z ludzkiego punktu widzenia, to wszystko. I na szczęście, nie przestajemy tam być”.

Spotkanie w Gidlach poświęcone było także dzieleniu się i rozmowie o tożsamości przełożonych i ich formacji. Wcześniej mieliśmy przeczytać tekst jednego ze współczesnych dominikanów, który z kolei cytuje irlandzkiego dominikanina z prowincji angielskiej, który podobnie jak o. Świtalski żył przed stu laty. Ojciec Vincent McNabba w tekście zatytułowanym „Pęta wolności” (ang. The Gyves of Freedom) zauważa:

„Sposób organizacji Zakonu jest tak poprzetykany zasadami opartymi na wolności, że wydaje się, że zawiera on wszystkie elementy sprzyjające rozkładowi Zakonu. Nie da się odnaleźć w nim jakiejkolwiek matematycznej czy mechanicznej siły spajającej; wszędzie elementy tworzące Zakon wydają się luźno wyrażać ten najbardziej niepewny czynnik, jakim jest ludzka dobra wola. Najbardziej zaś niezdyscyplinowanym sposobem wyrażenia tej dobrej woli jest wolny i tajny głos w wyborach. A jednak się kręci! Dziesięć tysięcy praw psychologii wskazuje, że Zakon założony przez Dominika Guzmana… powinien być już dawno martwy albo przynajmniej podzielony. A on trwa jako żywy i jeden.”

Nie ma wątpliwości, że dominikańska  wolność rozłożyłaby Zakon już dawno, gdyby nie pielęgnowana ona ducha, który wypełniał umysł i serce św. Dominika. Głęboko on ufał Bogu i jego łasce. Ale nie mniej ufał także ludziom i swym braciom, przy całej znajomości ich ułomności. To zaufanie było na antypodach postawy, o której niedawno w wywiadzie dla „Wyborczej” mówił o. Jan Andrzej Kłoczowski:  „Jezu, ufam Tobie, bo nie ufam nikomu innemu”. A przecież z perspektywy chrześcijańskiej wiary we Wcielenie, przez które Bóg zamanifestował swoją aprobatę dla człowieka, taka postawa domaga się głębokiej metanoi. „Wolność nie jest ulgą lecz trudem wielkości”, jak pisał Leopold Staff, a Chrystus zapłacił najwyższą cenę za zaufanie, w którym czyni nas wolnymi (por. Ga 5,1).