Nie jest dobrze, gdy człowiek idzie w pojedynkę (por. Rdz 2,18), dlatego Chrystus posyła uczniów „po dwóch”, jak słyszeliśmy w Ewangelii tydzień temu. Bliskość i doświadczenie wspólnej drogi, na której jeden drugiego brzemiona nosi (Gal 6,2) znosząc się nawzajem w miłości (por. Ef 4, 1-6) uwiarygadnia misję Kościoła. Nie można jej zredukować wyłącznie do głoszenia komuś z kim się nie dzieli życia, a spotyka się z nim wyłącznie w roli mentora: w konfesjonale, na ambonie czy przy okazji jakiejś pojedynczej akcji ewangelizacyjnej. We wspólnocie z drugim, gdy przed towarzyszem drogi trzeba zrzucić rozmaite maski udawanej siły i ma się odwagę odsłonięcia ze swoja ułomnością i niewystarczalnością, ten drugi staje się świadkiem i współuczestnikiem naszego świadectwa zmagania w wierze. Chrystus pragnie, aby jego uczniowie szukali oparcia w mocy relacji i wspólnoty, a nie na sile zewnętrznych środków: „ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie”.

31418

Caspar David Friedrich, „Mnich nad brzegiem morza”

Wspólna droga ujawnia to wszystko, co w nas trudne. Ten drugi widzi to „jak na dłoni”. Gorzej z nami; bardzo nam trudno tę „trudność” dostrzec, oswoić się z nią i zgodzić się na jej towarzyszenie. Idąc „po dwóch” trzeba pojednać się nie tylko z tym drugim, dosłownym towarzyszem drogi. Pojednania domaga się także ten „drugi”, z którym wędrujemy wewnętrznie każdej chwili a często go w sobie nie akceptujemy: „aby z dwóch [rodzajów ludzi] stworzyć w sobie jednego nowego człowieka, (….) A przyszedłszy [Chrystus] zwiastował pokój wam, którzy jesteście daleko, i pokój tym, którzy są blisko” (Ef 2,17).Wolimy przebywać z tym kimś z tym w sobie, którego wykreowaliśmy w swoich wyobrażeniach i który jest obiektem naszych marzeń o sobie. Przyjęcie siebie prawdziwego stanowi nie lada wysiłek.

jestem sobie

jestem głupi

co mam robić

a co mam robić

jak nie wiedzieć

a co ja wiem

co ja jestem

wiem że jestem

taki jak jestem

może niegłupi

ale to może tylko dlatego że wiem

że każdy dla siebie jest najważniejszy

bo jak się na siebie nie godzi

to i tak taki jest się jaki jest

 

Miron Białoszewski, „Wywód jestem”

Jezus posyła owych dwóch uczniów, którzy wracają z misji i opowiadają o duszpasterskich sukcesach, by poszli „sami osobno na miejsce pustynne”. Na osobności mają się oswoić nie tylko z sukcesem (i uznać, że nie są jego właścicielami!), ale i z tym, co trudne i nie skonfrontowane wewnętrznie. Potem mają przyjść z tym do Chrystusa i przed nim się odsłonić, by to ich wewnętrzne doświadczenie zbawił: „osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom” (Mk 4,34b) – objaśniał czyli rozwiązywał nasze ukryte więzy. Ewangelizacja to nie tylko zbawienie innych. Ona ujawnia nasze wszelkie frustracje, niezdrowe ambicje, zazdrość, żal i niepojednanie z towarzyszem drogi, z tym komu się głosi, a ostatecznie z samym sobą.

Osobność jest potrzeba każdemu z nas, by szczęśliwie odkryć, że nie ma na świecie nikogo takiego jak „ja”, ani jak „Ty”. Jesteśmy ludźmi – „faktem pierwszym” a „być” ze sobą samym z Bogiem znaczy więcej niż „mieć” (także duszpasterskich sukcesów) dla siebie i w porównaniu z innymi. Uświadomienie sobie źródeł naszego wnętrza, pozwala pójść dalej, poza wszystkie powierzchowne „powłoki”, które w swojej zmienności nigdy nie mogą nas ostatecznie zadowolić. Akceptując naszą OSOBNOŚĆ

„ możemy dojść do zgody z owym wewnętrznym „ja” (…) możemy wyznać i stanąć wobec przepaści między głębią naszego istnienia, którą konsekwentnie lekceważymy, a jego powierzchnią, która jest niewierna naszej własnej rzeczywistości. Musimy zatem rozpoznać potrzebę oswojenia się z samym sobą po to, by wyjść ku innym, nie tylko z maską spolegliwości, ale z prawdziwym zaangażowaniem i autentyczną miłością. Wiara wymaga integracji w wewnętrznej ufności, która daje w efekcie scalenie, jedność, pokój, autentyczne poczucie bezpieczeństwa”

– jak pisał  Thomas Merton, dla którego osobność była szczególnym powołaniem  („Twórcza siła”).