„Czyli pytanie o to, czy Ewangelia uchronić może europejską cywilizację przed jej zmierzchem?”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ruiny cysterskiego opactwa Mellifont Abbey z XII w. w Irlandii

Za kilka dni wyruszam z moimi parafianami oraz z fraternią świeckich dominikanów z pielgrzymką śladami św. Dominika, aby w ten sposób przygotować się do rozpoczęcia roku jubileuszowego 800 lecia Zakonu. Za główny cel obraliśmy Caleruegę, Prouilhe i Fanjeaux, ale chcąc wejść w klimat średniowiecznych początków Zakonu zamierzamy podziwiać m.in. gotyckie katedry w Kolonii, w Chartres i Reims, miasta Carcassone, Saragossę, Tuluzę, opactwo benedyktyńskie w Domingo de Silos oraz pozostałości słynnego opactwa w Cluny. Wszystkie te miejsca stanowią niezaprzeczalny symbol naszej europejskiej cywilizacji. Mając świadomość, że to chrześcijańskie dziedzictwo Europy kształtuje moją kulturową, społeczną, a nade wszyskto duchową tozsamość, byłbym ostatnią osobą, która cieszyłaby się z odejścia do lamusa historii naszej zachodniej cywilizacji i utraty tego niepowtarzalnego estetycznego i duchowego piękna, które kształtowało nasz kontynent. To przecież nie jest przypadkowe piękno. Dla nas „przybyszów”, których Opatrzność Boża zatrzymała  na chwilę” tu na ziemi, w „poczekalni życia” – jak nazywał ziemski wymiar naszej chrześcijańskiej drogi prof. Jan Stalony-Dobrzański, jest ono odblaskiem Piękna nieskończonego:

„Niegdyś Kościół dał nowy impuls starożytnej sztuce, wykarmił ją wizją zbawienia, bo sztuka potrzebuję najgłębszej strawy… Kościół i sztuka to nie małżeństwo z rozsądku. To więzy najgłębszej miłości. Samotnie, każdy z kochanków naprawdę umiera… Bo sztuka bez Kościoła stygnie, bo jest on jej ogniem, miłością opartą na najtrwalszych postawach. A ono opowiada prawdę o jego gorącym, miłującym sercu. Gdy ono przestaje kochać, ona odchodzi i powoli, brzydko umiera. To jest pytanie o miłość Kościoła” – „Villa dei misteri”, Orthdruk 1998, s. 31n.

„Poczekalnia życia” jest dla nas wędrowców i przybyszów tymczasowym domem, o który – tu nie może być wątpliwości – należy dbać i go chronić. I nie można nikomu odbierać prawa do obrony dziedzictwa, które stworzyło naszą europejską cywilizację. Ale musimy mieć także świadomość, że wierność Ewangelii niekoniecznie gwarantuje nam przetrwanie naszej cywilizacji w takim kształcie, w jakim ją dziś pojmujemy i doświadczamy. Ewangelia może się rozwijać poza cywilizacją, rozumianą jako zewnętrzne ramy pewnego kręgu kulturowego. Kościół nie uczestniczy w  żadnej rywalizacji i walce pomiędzy cywilizacjami, a chrześcijaństwo rozwija się przede wszystkim jako cywilizacja wartości, w której centrum jest Ewangelia. Choć, jak pisał Joseph Ratzinger, chrześcijaństwo „właśnie w Europie otrzymała kulturalne i intelektualne znamię, (…) splatając się w sposób szczególny z Europą”, to jednak „nie wywodzi się z Europy, więc nie może być klasyfikowane jako religia europejska, religia europejskiego kręgu kulturowego” – J. Ratzinger, „Europa Benedykta w kryzysie kultur”, Częstochowa 2005, s. 46–47.

Nie można zatem utożsamiać wierności Ewangelii z obroną „czystości” europejskiej tożsamości w taki sposób, że nie dopuszcza ona w jej ramach koegzystencji różnych kultur i religii. Święty papież Jan Paweł II w Orędziu na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy w roku 2005 pisał:

„W naszych społeczeństwach, w których zjawisko migracji stało się globalne, konieczne jest dążenie do właściwej równowagi między zachowaniem własnej tożsamości a uznaniem tożsamości innych. Należy bowiem akceptować istnienie w danym kraju uprawnionej wielości kultur, dbając, aby było to zgodne z ochroną ładu, od którego zależy pokój społeczny i wolność obywateli. Trzeba zatem wykluczyć zarówno tendencje asymilacyjne, które mają prowadzić do upodobnienia innych do nas samych, jak też próby marginalizacji imigrantów, które mogą przybierać nawet formy apartheidu. Właściwą drogą jest dążenie do autentycznej integracji (por. Ecclesia in Europa, 102), w postawie otwartości, która nie godzi się na dostrzeganie tylko różnic między imigrantami a rdzenną ludnością kraju (por. Orędzie na Światowy Dzień Pokoju 2001 r., 12). W środowisku pluralistycznym powstaje zatem potrzeba dialogu między ludźmi różnych kultur, który nie jest jedynie wyrazem tolerancji, ale rodzi sympatię. Jeśli społeczności migrantów i ludność miejscowa tylko żyją obok siebie, prowadzi to zwykle do wzajemnego zamknięcia się kultur, albo też do ustanowienia między nimi relacji czysto zewnętrznych, sprowadzających się wyłącznie do tolerancji. Należałoby więc dążyć do tego, aby kultury wzbogacały się nawzajem. Aby to było możliwe, winny otwierać się na siebie, poznawać się, okazywać sobie autentyczne zrozumienie i życzliwość”.

Premier Węgier, Viktor Orban kilka tygodni temu, w związku z ostatnią falą uchodźców, przybywającą do Europy głównie z kręgu cywilizacji zbudowanej wokół Islamu, oświadczył, że trzeba bronić chrześcijańskiej cywilizacji. Paradoksem jest jednak to, że tak wyraźnie zasygnalizowane ostrzeżenie przez islamizacją – nie tylko przez słowa, ale również przez stawiane zasieki i mur na węgierskiej granicy – pochodzi z ust przywódcy kraju, w którym realnie chrześcijaństwo praktykuje ok. 5-10 procent społeczeństwa (wg relacji ks. Adama Wołowicza SVD, prefekta i przełożony Domu Rekolekcyjnego św. Arnolda w Budapeszcie). Zagrożenie nie pochodzi zatem z zewnątrz, od „innych”, a instrumentalne traktowanie chrześcijaństwa, czy raczej jakiejś  zewnętrznej „wydmuszki”, która pozostała po nim, nie obroni naszej cywilizacji.

Systemy państwowo-polityczne mają obowiązek bronić swoich obywateli, a Kościół ma prawo głosić prawo do sprawiedliwej obrony. Ale zadaniem Kościoła nie jest ratowanie naszej, europejskiej cywilizacji, rozumianą jako zamknięta społeczność jednego kulturowego kręgu. Duch Ewangelii, który tworzył naszą cywilizację, może być żywotny także bez oparcia się na jej zewnętrznych ramach kulturowo-społeczno-politycznych.

W ostatnich dniach, podszedł do mnie pewien parafianin i sugestywnie przedstawił swoje oczekiwanie, że Kościół powinien stanąć do otwartej walki z islamizacją. Ewangelia nie daje nam jednak żadnego innego mandatu do jej obrony, jak tylko pokorne jej głoszenie w każdych warunkach oraz urzeczywistnienie jej przez świadectwo pośród tych, którzy jej nie znają. Zadaniem Kościoła jest obrona nie cywilizacji, ale pragnienie zbawienie dusz, które wzywa do budzenia w Europejczykach żywej wiary w przesłania Ewangelii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ruiny chrześcijańskiej bazyliki i monasteru z V w. w Alahan w południowej Turcji

Pod koniec dziewiętnastego wieku, w ramach kolonizacyjnych zamierzeń, do północnej Afryki – o której trzeba pamiętać, że stanowiła kiedyś cześć naszej starożytnej, rzymskiej przed i chrześcijańskiej cywilizacji, przybył francuski żołnierz o nazwisku Karol de Foucauld. I tu dochodzi do paradoksalnego wydarzenia. Człowiek, którego stworzyła europejska cywilizacja, niejako wyrzeka się jej dla Ewangelii. Usłyszawszy wezwanie „jeśli chcesz, pójdź za mną”, świadomie wybrał życie wśród i na sposób muzułmańskich Tauregów. Nawrócenie się na Ewangelię spowodowało w nim wybór sposobu życia, które było zaprzeczeniem grzechu kolonizacji, w której nieszczęśliwie i błędnie utożsamiono ewangelizację z narzucaniem ludom Afryki wzorców naszej europejskiej cywilizacji. Odtąd, Karol – „mały brat Jezusa” stał się chrześcijaninem wewnątrz cywilizacji berberyjsko-arabskiej. Dał świadectwo „bliskości” przesłania ewangelii w „obcym” kręgu kulturowym:

„Chcę przyzwyczaić wszystkich mieszkańców, chrześcijan, muzułmanów, Żydów i pogan, do przyjmowania mnie jako ich brata, brata powszechnego. Zaczynają nazywać dom <<Fraternité>> i to mnie cieszy […] Jest to ewangelizacja nie poprzez słowo, ale przez obecność Przenajświętszego Sakramentu, składania Najświętszej Ofiary, modlitwę, pokutę, praktykę ewangelicznych cnót, miłość – miłość braterską i powszechną, dzielącą się, aż do ostaniego kęsa chleba, z każdym biedakiem, każdym gościem, każdym przybywającym nieznajomym,m oraz przyjmującą każdego człowieka jak ukochanego brata” – bł. Karol de Foucauld, „Umiłowane ostatnie miejsce. Listy do braci trapistów”, Kraków 2011, s. 212n.

Obrona naszej cywilizacji, to nie koniecznie obrona jej zewnętrznych ram – „przemija bowiem postać tego świata” lecz pielęgnowanie jej źródła, czyli ducha Ewangelii. Znaki czasu co raz wyraźniej wskazują, że świadectwo ewangelii będzie się rozchodziło nie przez rozszerzanie się takiej czy innej cywilizacji, ale przez wierną obecność takich jakby „samotnych wysp” chrześcijan, obecnych w tyglu mieszających się przez globalizację wielu kultur. Ten proces rozpoczął się zresztą odkąd Chrystus zburzył rozdzielający mur – wrogość, a chrześcijanie muszą uczyć się żyć w bliskości „obcego i nieznanego” brata, który mieszka, śpi, pracuje, cierpi i umiera jakby „w sąsiednim pomieszczeniu” chrześcijaństwa. Poprzez tą bliskość musi również uczyć się zachowywania swej wyłączności wobec Oblubieńca Chrystusa. Organiczną częścią tej wierności Chrystusowi jest poszanowanie i otwartość na każdego człowieka. Niewierność tej otwartości, a nie zagrożenie z zewnątrz inną cywilizacją, stanowi właściwe zagrożenie dla Ewangelii.

„Prawdziwe, najpoważniejsze niebezpieczeństwo naszych czasów tkwi właśnie w owym braku równowagi pomiędzy możliwościami technicznymi a siłą moralną. Bezpieczeństwo, którego potrzebujemy jako podstawy naszej wolności i godności, nie może ostatecznie pochodzić od technicznych systemów kontroli, ale może wypływać tylko z siły moralnej człowieka. Kiedy jej brak lub nie jest ona wystarczająca, wtedy moc jaką człowiek posiada, przekształca się jeszcze bardziej w formę zniszczenia” – J. Ratzinger, „Europa Benedykta w kryzysie kultur”, s. 43–44.

No właśnie, jak zauważa papież senior, bezpieczeństwo Europy, jako podstawa naszej wolności i godności, nie może ostatecznie zależeć od technicznych systemów kontroli.  Bezpieczeństwo Starego Kontynentu nie obejdzie się bez siły moralnej człowieka, której nieodłącznym składnikiem jest otwartość na „innych” i uszanowanie ich praw i godności. Tymczasem wielu z nas chce bronić „chrześcijańskiej” Europy za pomocą technicznych systemów kontroli, broniąc się „obcymi i przychodniami”, co w tak jaskrawy sposób obserwowaliśmy w ostatnich dniach chociażby na południowej granicy Węgier.

„Chrześcijaństwo jako religia prześladowanych, jako religia uniwersalna, stojąca ponad różnymi narodami i państwami, nie zgodziła się, aby państwo uznało tę religię jako część organizacji państwowej domagając się w ten sposób wolności wiary. Każdego bez wyjątku człowieka postrzega zawsze jako obraz Boga i jako Jego stworzenie głosząc Jego godność jako podstawę (…) Tylko rozum stwórczy, objawiony w ukrzyżowanym Bogu jako miłość może rzeczywiście wskazać nam drogę” kontynuuje J. Ratzinger w „Europie Benedykta w kryzysie kultur”, s. 65.

W niespokojnych czasach – takich jak nasze, gdy do Europy przybywa, wywołująca zrozumiałe obawy i pytania o kształt przyszłości naszego kontynentu, niespotykana fala uchodźców, wielu niepokoi się głównie o to, co się stanie z naszymi marzeniami o spokojnej i nasyconej Europie. I postawy wielu się radykalizują. Także wśród osób utożsamiających się z chrześcijaństwem z różnych powodów, nie zawsze z pogłębionych i duchowych, pogłębia się radykalne nastawienie. Niestety idzie ono w kierunku radykalizmów bezbożnych, pogańskich. Radykalizm, w którym panuje język wojny, ma swoje źródło w uzasadnionych, choć często wyolbrzymionych obawach, że u wrót Europy lub nawet już w jej sercu czai się „Lew”, który zamierza nas chrześcijan zmielić na czysty chleb męczenników (por. św. Ignacy Antiocheński). Radykalizm pozbawiony ufności w Bogu i pokoju serca, nie wiele ma wspólnego z radykalizmem miłości Boga. Chcąc ofiarować światu obietnicę pokoju i pojednania, objawił się wobec – patrząc po ludzku – niedającej się pogodzić wielości „inności”, w bezbronnym człowieczeństwie Chrystusa. Bóg wystawił się na inność człowieka i nie cofnął się przed jej raniącymi konsekwencjami.

Radykalizm zbudowany wyłącznie na obawie przed zmierzchem cywilizacji, której kres wieści samo chrześcijaństwo w obietnicy „nowej ziemi i nowego nieba”, zawsze ostatecznie okaże się swoją nieskuteczność. Jest inny radykalizm, naprawdę skuteczny wobec chaosu przemijającego świata, wykluwający się z wiary ufnej wobec Tego, „ w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”, a który głosi: „wytrwajcie w miłości Mojej”. Chrystus nie tylko głosi radykalne prawdy . On Prawdę radykalnie czyni. Jest to radykalizm, w którym On nie „podnosi kamienia” na kogokolwiek „innego” lecz zgadza się na śmierć poniesioną za wszystkich i wzywa: „to jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali”. Tylko tym przykazaniem chrześcijanie mogą skutecznie „rozbroić” wszystkich, którzy im zagrażają.

Radykalizm powodowany wyłącznie obroną cywilizacji, w którym dominuje obawa przed „innymi”, jest zaprzeczeniem radykalizmu Ewangelii i nie jest zakorzeniony w wieczności. Radykalny postulat rzekomej obrony chrześcijaństwa można łatwo zredukować do rzeczywistej obrony wyłącznie swojego ziemskiego „status quo” lub do nostalgii za przeszłością. Autentyczny radykalizm wiary żyje przyszłością, bo „w nadziei już jesteśmy zbawieni”. Skuteczną „bronią” na niespokojne czasy jest miłość stabilna wiernością do końca, nawet po oddanie życia i nie tylko za przyjaciół. Miłość jest silna odwagą daru, który rodzi się z Paschy Chrystusa. Pascha to przechodzenie – pozornie jakby doświadczenie czegoś nietrwałego, ale paradoksalnie, dzięki Chrystusowi, który pokonał wszelką obawę, grzech, niewierność i zamknięte serce, nie ma w niej żadnej przechodniości – przemijalności: „My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, bo pokochaliśmy braci” (1 J 3,14). Duch Jezusa, prawdziwy Obrońca nie pozwala nam dać się zastraszyć.

Chrześcijaństwo, tak jak niegdyś Izrael- viator, przez wszystkie swoje wieki poddawany jest kuszeniu, by zamiast trwać w godności narodu będącego w drodze, dokonać wyboru wyłącznie materialistycznej cywilizacji krajów osiadłych i urządzonych. Chrześcijanie muszą czuwać, by „poczekalni życia”, nawet najpiękniejszej i doskonalszej, nie utożsamić z ostatecznym Domem. Tak, jak prorocy nie przestawali piętnować i zwalczać prymatu „skutecznego” bezpieczeństwa „tu i teraz”, tak chrześcijanie nie mogą przestać świadczyć o „Królestwie”. Ta pokusa prostego utożsamienia „Królestwa, które jest pośród was” z widzialną cywilizacją dotykała chrześcijaństwo od samego początku. Gdy starożytny świat Rzymian i Greków tracił swoją żywotność, wielu koniunkturalnie dojrzało szansę w chrześcijaństwie, widząc w nim nowego obrońcę cywilizacji:

„Cesarstwo ogłoszone chrześcijańskim wznosiło się na trzech rozwiązaniach szatana, oczywiście nie w całości i nieświadomie, lecz łącząc światło i ciemności., Boga i cesarza, sugestie Szatana i Chrystusową odmowę ich realizacji. Cesarstwo było dwuznaczne, gdyż ominęło Krzyż, żadne „państwo chrześcijańskie” jako państwo nigdy nie stało się państwem ukrzyżowanym. Jedynie w odniesieniu do Kościoła Jakub z Sarugi [syryjski pisarz z przełomu V i VI wieku] zadał pytanie: „Jakaż oblubienica kiedykolwiek wybrała na oblubieńca ukrzyżowanego? – Paul Evodkimov, „Życie duchowe w mieście”, W drodze 2011, s. 34.