„Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” (por. Mk 10,17-30).

„Naśladując ubóstwo Chrystusa ubogiego, zbliżajcie się do ludzi pogardzanych, lecz w gorliwości Ducha” – papież Innocenty III do Braci Kaznodziejów

 

Kilkanaście dni temu, podczas pielgrzymowania z parafianami, świeckimi dominikanami i przyjaciółmi w poszukiwaniu śladów św. Dominika w Hiszpanii i na południu Francji, drogą mailową otrzymałem, tak jak wszyscy bracia, list naszego prowincjała o. Pawła Kozackiego. W „przededniu” rozpoczęcia jublieuszu 800 lecia Zakonu zachęca w nim wszystkie dominikańskie wspólnoty w Polsce, a także fraternie świeckich dominikanów do refleksji i rozmów n. t. uchodźców. Przed rozpoczęciem jubileuszu 7 listopada klasztory mają dać pisemną odpowiedź jakie są ich realne możliwości w okazaniu pomocy uchodźcom, począwszy od chrześcijańskich rodzin w Iraku, którym próbują pomagać, pomimo wygania z Mosulu, siostry dominikanki ze zgromadzenia św. Katarzyny ze Sieny. Prowincjał pisze m.in:

„Pomimo wszelkich zastrzeżeń [Prowincjał w innym fragmencie listu je rozwija] uważam jednak, że jako synowie świętego Dominika – człowieka, który sprzedał książki, by pospieszyć z pomocą głodnym oraz poświęcił swoje życie, by głosić Prawdę ludziom negującym Dobrą Nowinę – powinnyśmy w naszych wspólnotach zastanowić się, jak odpowiedzieć na apel papieża Franciszka. Nie musimy robić tego sami, niemniej powinniśmy wziąć za to odpowiedzialność jako duszpasterze ludzi, którzy gromadzą się przy naszych kościołach, zarówno parafialnych jak i rektoralnych”.

Dominikańskie przeżywanie ślubu ubóstwa, jako nauka zawierzenia Bogu, nie tylko ma być źródłem wolności serca, które uczyni nas dyspozycyjnymi w kaznodziejstwie. Ubóstwo ma także wyrażać, na co zwrócił uwagę prowincjał, naszą solidarność z wszystkimi potrzebującymi. Przypominają nam o tym nasze Konstytucje:

„[Duch ubóstwa] polega zaś (…) na tym, że sami poprzestajemy na małym, co wiąże nas głębiej z ubogimi, którym mamy głosić Ewangelię, a równocześnie na tym, że nie jesteśmy skąpi wobec braci i bliźnich, i dla Królestwa Bożego zwłaszcza dla (…) posługi zbawienia, chętnie łożymy, co posiadamy, tak ”by pośród wszystkiego, co służy przemijającym potrzebom, górowała miłość, która nie przemija”.

Nasz założyciel – św. Ojciec Dominik pragnął, by bracia poświęcili się jedynie głoszeniu i nie chciał skupienia uwagi na nim samym. Z tego powodu, nie zostawił po sobie żadnych pism, w których kolejne pokolenia dominikańskie miałyby sie przeglądać. Nawet miejsca związane ze świętym są jakby „zapomniane” i „ukryte”, przez co do dnia dzisiejszego – na szczęście – nie stały się siłą napędową pielgrzymiego handlu, jak to ma miejsce w mieście Biedaczyny św. Franciszka – Asyżu. Niemniej jednak, jak pisał o. Guy Bedoulle OP, św. Dominik „ukryty jest w świetle”, więc w naszej rozmowie o uchodźcach, która skłania nas do konfrontacji ze składanym przez nas ślubem ubóstwa  i do pytania o naszą solidarność z ubogimi, warto sięgnąć do tego światła, które towarzyszyło Dominikowi. Warto przyjść i zaczerpnąć dla siebie i innych ze źródła miłosierdzia, z którego on sam karmił swoją wiarę i łaskę Słowa skierowaną do ubogich: pogardzanych i pogubionych.

IMGP8938 (1024x683)

„źródło” – studnia św. Dominika w kaplicy zbudowanej w miejscu, gdzie stał dom rodzinny świętego (fot. Anna Morkowska)

Pochodzący z Caleruegi, szlacheckiego pochodzenia, Kastylijczyk Domingo de Guzman, z pewnością nie raz za młodu słyszał fragment Ewangelii św. Marka, który odczytaliśmy i usłyszeliśmy na Liturgii w XXVIII Niedzielę Zwykłą (Rok B). Słowa Pisma musiały przeszyć jego serce – „żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4,12), tak jak dotknęły i zraniły młodzieńca, którego historię odnotował ewangelista. W odróżnieniu od niego, Dominik nie odszedł zasmucony. Jako ubogi, wędrowny kaznodzieja nigdy nie rozstawał się z Ewangelią. Jego życie było z nią tożsame, stąd papież Grzegorz IX, który kanonizował Dominika, wcześniej przyjaźniąc się z nim, powiedział o nim: „okazał się mężem ewangelicznym w słowie i czynie”.

A jego historia mogła się potoczyć zupełnie inaczej. Jako szlachcic, mógł uczestniczyć w wojnie wyzwoleńczej przeciwko Maurom, którzy ciągle zajmowali większą cześć dzisiejszej Hiszpanii. A może dałby się ponieść młodzieńczej i romantycznej wizji rycerza – pielgrzyma, wyruszającego w pełną przygody trzecią już z kolei wyprawę krzyżową (1189-1193) przeciwko Saracenom, którzy pod wodzą Saladyna w roku 1187 roku zdobywali Jerozolimę. Dominik miał wówczas 17 lat.

„Bóg ustanowił w naszych czasach święte wojny, aby zastępy rycerzy i tłumy podążające ich śladem (…) mogły odnaleźć nową drogę do zbawienia. Tym sposobem nikt już nie jest zmuszony do porzucenia wszelkich spraw tego świata poprzez wybór stanu duchownego, jak to dotąd bywało, lecz może zyskać niezbędną łaskę, wykonując swój zawód z pełną swobodą oraz w odzieniu, do którego przywykł” – z kroniki Wilberta z Nogent (za: J. Riley-Smith, „Krucjaty”, Poznań 2008, s. 45).

I mogłoby się też tak zdarzyć, gdyby inaczej potoczyłby się losy młodego Kastylijczyka, że w roku 1204, gdy liczył wówczas około 34 wiosen, zamiast bronić Ziemi Świętej, zdobywałby łupy „siostrzanego” Kościoła w Konstantynopolu, o czym z przekąsem i goryczą musiał zanotować bizantyjski kronikarz Nicetas Choniates: „z krzyżem na ramieniu, porzucili prawdziwy krzyż” – (cyt. za: G. Bedouelle OP, „Kościół w dziejach”, Poznań 1994, s. 225).

Młody Domingo nie wyruszył ani przeciwko Maurom ani przeciwko Saracenom. Nie ma też na sumieniu wyprawy, która tak zaciążyła na relacjach Kościoła Zachodniego i Wschodniego. Wybrał życie przygotowujące go do przyjęcia stanu duchownego, najpierw pod kierunkiem wuja prałata, a potem przez studia na pierwszym uniwersytecie w Kastylii, którego rolę potem przejmie uniwersytet w Salamance. Najpierw kształci się w naukach wyzwolonych, by potem zwrócić się ku teologii i Słowu Objawionemu. Błogosławiony Jordan, następca św. Dominika, komentując ewangelię św. Łukasza: „Błogosławieni, którzy słuchają Słowa Bożego i zachowują je” (11, 28), przyrównuje w Libellusie Dominika do „spichlerza Bożego” (por. Ps 144) i pisze, że ta Mądrość przelewała się do sanktuarium jego serca i objawiała się w jego dziełach.

Słowo Boże, które gromadził jak gąbka wodę (św. Nil z Synaju), mocno naznaczyły jego późniejsze wybory i drogę ubogiego kaznodziei. Ale już w wcześniej, w trakcie studiów, jego otwartość na Słowo objawiło się w czasie suszy, która dotknęła całą ówczesną Hiszpanię. Dominik kierowany współczuciem wobec ubogich, nie zamknął swojego serca na potrzebujących. „Odziedziczył” i rozwinął tę duchową cnotę po swej błogosławionej matce – Joannie d’Azza:

„Była pełna miłosierdzia. Pewnego razu, widząc smutek przygnębionych, podzieliwszy się z nimi swoimi dobrami, na koniec obdarowała ubogich winem z beczki sławnej na całą okolicę. A gdy jej mąż w drodze powrotnej zbliżał się do Caleruegi, wyszli mu na spotkanie sąsiedzi, przy czym niektórzy z nich zachwalali wobec niego wino dane biednym. Wchodząc zatem do domu, polecił żonie w obecności sąsiadów, aby go poczęstowała winem z owej beczki, A ona, zmieszana i pełna niepokoju, wszedłszy do piwnicy, gdzie przechowywano beczkę, padła na kolana i błagała Pana słowami: „Panie Jezus Chryste, chociaż jestem niegodna, byś mnie wysłuchał ze względu na moje zasługi, wysłuchaj mnie przez wzgląd na sługę Twego, a mojego syna, którego złożyłam w ofierze”. Matka wiedziała bowiem o świętości syna. Wstała pełna wiary, a podszedłszy do beczki, znalazła ją pełną przedniego wina. Dzięki składając dawcy łaski wszelkich, kazała obficie nalewać wina mężowi i innym obecnym, A wszyscy byli zdumieni” – z „Kroniki świętych” Roderyka z Cerraty (cyt. za: Liturgia Godzin. Teksty własne Zakonu Kaznodziejskiego, Kraków 2010, s. 283).

 

20150929_132935

przeor klasztoru w Caleruedze fr. Emilio García OPw piwnicy, w krórej rodzina Guzman przechowywała wino, opowiada o cudzie (fot. Maciej Biskup OP)

W czasie zakończonej przed tygodniem pielgrzymki śladami św. Dominika, jedna z uczestniczek zrobiła zdjęcie, które uchwyciło coś, co moim zdaniem ma charakter symboliczny. Przedstawia ona miejską ławeczkę, na kórej umieszczono napis informujący o jakiejś katolickiej kasie oszczędnościowej. Z pewnością ławka nie pamięta czasów świętego, gdy studiował w Palencji. Ale z pewnością Palencja pamięta, że w czasie strasznego głodu, spowodowanego przez wspomnianą suszę, młody student Domingo de Guzman sprzedał książki a z uzyskanych pieniędzy utworzył „jałmużnę” – fundację, jakbyśmy dziś to nazwali, przez którą, przy wsparciu innych studentów, miał wspierał i zabezpieczać los najuboższych.

ławeczka w Osmie (1024x684)

ławeczka w Osmie (De Burgos de Osma – fot. Danuta Kielczyk)

Historię dalszych losów Dominika, który „niepowodzenia [nieszczęśliwych i cierpiących] nosił w najgłębszym przybytku współczucia” (Libellus), dobrze znamy. Porzuciwszy w miarę przewidywalne życie kanonika regularnego przy katedrze w Osmie, wyruszył na południe Francji, by tam ostatecznie założyć, a raczej jak pisał przed laty Somin Tugwell OP, „zaprzyjaźnić” Zakon. Pragnął, by zgromadzeni i rozesłani bracia, jako ubodzy i pełni wewnętrznej wolności kaznodzieje, dotarli na krańce świata, by tam zyskać „stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym” (Mk 10, 30).

Ważne jest to dopowiedzenie Pana Jezusa, że „wśrod prześladowań”. Zachowane świadectwa mówią, że św. Dominik pragnął męczeństwa. Jako ubogi,  wędrowny kaznodzieja posiadł nie tylko zewnętrzną wolność od przywiązań materialnych, ale także nie przywiązany do życia, był gotowy je oddać dla zbawienia dusz. Razu pewnego schodził z położonego na górze miasteczka Fanjeaux w Langwedocji, gdzie przygotowywał się do zgromadzenia i rozesłania braci, do położonego niżej Prouille, gdzie jeszcze wcześniej założył pierwszy monaster dominikańskich mniszek. Na drodze naszli go Katarzy – członkowie manichejskiej sekty, która była bardzo popularna w południowej Francji (wówczas te tereny wchodziły w skład państwa aragońsko-katalońskiego). Znając przywiązanie Dominika do katolickiej wiary postanowili odebrać mu życie. Jednak wobec okazanej przez świętego gotowości na męczeństwo, odstąpili od zamiaru. Dominik okazał sie prawdziwym pielgrzymem i wędrowcem według Ducha. Całą swoją osobą, na wzór ubogich apostółów gotowych na śmierć, dał świadectwo, znosząc i dzieląc z Chrystusem urągania, że „nie mamy tutaj trwałego miasta, ale szukamy tego, które ma przyjść (Hbr 13, 13-14) i „jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami z daleka od Pana”(2 Kor 5, 6).

IMG_3955 (1024x768)

pielgrzymia droga z Fanjeaux do Prouille, w pobliżu krzyża upamiętniającego gotowość św. Dominika na męczeństwo  (fot. Anna Morkowska)

Dominik pragnął dotrzeć z Ewangelią na krańce świata… do legendarnych Kumanów, gotowy na męczeństwo. Czy gdyby żył w czasach nam współczesnych i „zaprzyjaźniał” Zakon nie 799 lat temu, ale w 2015 roku, nie wezwałby swoich braci do otwarcia się z Ewangelią i przyjęcia „krańców”, które nadeszły do nas same… pod postacią uchodźców?