ś.p. Księdza Jana Kaczkowskiego, który rozumiał, że „iść” i „usługiwać” musi w Kościele stanowić jedno

 

 

Spotkanie z kobietami, Monaster Stavronikita, XVI w.

„dla apostołów, dla rodzącego się Kościoła, Opatrzność miała twarz kobiety”  – brat Efraim ze Wspólnoty Błogosławieństw

 

W Wielki Czwartek skorzystałem, jako proboszcz, z pozwolenia Kościoła i zaprosiłem do obrzędu mandatum również kobiety. Niemniej jednak, próbowałem znaleźć odpowiedź dlaczego Chrystus na Ostatniej Wieczerzy tego gestu nie uczynił w stosunku do niewiast, które towarzyszyły i usługiwały Mu (por. Łk 8, 1-3), jak zanotował św. Łukasz, najwięcej poświęcający miejsca kobietom spośród ewangelistów.

Wytłumaczenie odnalazłem w samej Ewangelii, przygotowując się do homilii na Wigilię Paschalną. Kościół w tym roku wsłuchiwał się relację św. Łukasza o kobietach, które skoro świt przyszły do grobu (Łk 24, 1-12). Moje wytłumaczenie nie idzie po linii racji liturgicznych czy obyczajowych. Powód, dla którego Jezus zrezygnował z tego symbolicznego gestu sługi wobec kobiet, moim zdaniem kryje się w przekonaniu Mistrza, że kobiety tę ewangeliczną lekcję odrobiły już wcześniej. Tego gestu natomiast potrzebowali apostołowie.

Kobiety są pierwszymi świadkami Zmartwychwstania Chrystusa, co zgodnie notują wszyscy ewangeliści. Nieprzypadkowo, Tradycja Kościoła jedną z kobiet, z której Jezus wyrzucił siedem złych duchów i zapragnął by odtąd szła za Nim – Marię z Magdalii nazywa „Apostołką Apostołów”. To jej i innym kobietom Jezus powierzył szczególną misję dania świadectwa o Jego zmartwychwstaniu. Bycie świadkiem Ukrzyżowania i Zmartwychwstania Jezusa to integralna część bycia uczniem Jezusa. Niewiasty były do końca pod krzyżem i są pierwsze przy grobie. Gdy uczniowie – mężczyźni może jeszcze śpią (sen może być doskonałą formą ucieczki), rozpierzchli i pozamykali się w swoim bólu, wyrzutach i lęku, one wczesnym rankiem odważnie idą do grobu. Wierne i lojalne pragną namaścić ciało Mistrza. Iść za Jezusem i usługiwać Mu stanowi niepodzielną całość. Przypomina mi się tutaj dyskusja o granicach miłosierdzia, która miała miejsce kilkanaście dni temu na Zjeździe Gnieźnieńskim. Otuchy i wiary dodała mi, zresztą nie po raz pierwszy, odwaga Janiny Ochojskiej. Pomimo swojego kalectwa, poruszając się o kulach, regularnie jeździ do Syrii z pomocą, odkąd tylko trwa tam wojna. Mocne było też świadectwo siostry Manueli Simoes ze zgromadzenia zajmującymi się uchodźcami i emigrantami. W Kalabrii, wraz ze swoimi siostrami, wyciągają z pontonów dopływających uchodźców w sytuacjach, gdy silni i uzbrojeni po zęby mężczyźni ze służb granicznych, wojska i żandarmerii uciekają pełni obaw, że zaraża się „podpływającymi” wraz z uchodźcami chorobami.

Synoptycy (Mateusz, Marek, Łukasz) mówiąc o kobietach idących za Chrystusem używają czasownika „idą” (gr. akollouthein). To jest bardzo konkretny krok za Jezusem, nie jakieś bujanie w chmurach, co będą im zarzucać uczniowie. Ich niedowierzanie sprowadza się do powielania stereotypów na temat kobiet: „czcza gadanina”. W czasach Jezusa silne było przeświadczenie o bezwartościowości świadectwa składanych przez kobiety, co dobrze oddaje zdanie Józefa Flawiusza: „od kobiet nie wolno przyjmować żadnych zeznań, ze względu na lekkomyślność ich płci”. Także krytykujący chrześcijaństwo w  II w. filozof Celsus wytykał: „Któż to widział? Jakaś szalona kobieta, jak mówią i może jeszcze ktoś z tej samej bandy oszustów”.

Pójście za Jezusem, aż po krzyż i pusty grób, uwiarygodnione jest, na co synoptycy także zwracają uwagę, że kobiety „idą” i „usługują” (gr. diakonein). Stąd, nie jest niczym przypadkowym, że nawet po śmierci Jezusa idą usługiwać Jego ciału, „niosąc przygotowane wonności”. Służba uwiarygadnia i w pełni wyjaśnia wezwanie Jezusa, aby pójść za Nim. Pamiętamy Marię z Betanii, która idzie za Jezusem i przed Paschą namaściła Jego stopy Jezusa i wytarła własnymi włosami (por. J 12, 1-8). Znamienne jest, że Jan opisuje tę scenę w rozdziale 12, poprzedzającym kolejny, w którym znajdujemy opis mandatum. Ojcowie Kościoła komentując tę scenę z Betanii, piszą, że hojny dar służby Marii przyśpiesza nieprawdopodobnie hojny dar Chrystusa służącego aż po oddanie życia. I gdy niewiasty spotykają Zmartwychwstałego, czymś naturalnym było to, że objęły go za nogi i oddały Mu pokłon (Mt 28, 9). Takiego gestu w Ewangelii nie znajdziemy nigdy po stronie  apostołów. Ich konkretny krok za Jezusem był przed zesłaniem Ducha Świętego niepełny, bo nie towarzyszyło mu usługiwanie. Wprawdzie głosili i nawet uzdrawiali z imię Jezusa, ale otrzymaną „władzę” nie utożsamiali z darem współczującej służby. Szli za Jezusem wykłócając się o wpływy i pozycję. Wizja drogi Mesjasza, jaką Chrystus wyjaśnia uczniom oznaczała dar z siebie, ofiarną służbę. Tłumaczy im, że zostanie odrzucony, będzie cierpiał, że Go zabiją. Piotr chce iść za Jezusem, ale z pominięciem tego dopowiedzenia  o  ofiarną służbę. Szatan, w którego słowniku nie ma takich słów jak dar z siebie i służba, wykorzystuję arogancję Piotra. Ten poucza Pana i zostaje nazwany zawadą – kamieniem potknięcia – (z gr. petra scandalou). Chciał iść za Jezusem, ale z wizją Mesjasza, który swoje królestwo już tu na ziemi jest pełne ludzkiej chwały. Na słowa Jezusa o śmierci, przechwala się jak typowy wojownik: „Panie, z Tobą gotów jestem iść nawet do więzienia i na śmierć” (Łk 22, 33). Konsekwencję zobaczymy najpierw w ogrodzie Getsemanii, gdzie apostoł uciął ucho słudze Malchusowi, a potem tchórzliwie, trzykrotnie zapiera się Mistrza. W tłumaczeniu Pisma Świętego dokonanego przez wydawnictwo paulistów czytamy, że Jezus mówi do Piotra „Idź za mną szatanie”. Oznacza to, że Piotr ma iść za Jezusem, a nie wybiegać do przodu (por. 2 J 1, 9), według własnego, ale i szatańskiego projektu, by walczyć a nie służyć.

Barabasz był postacią mesjańską. Wybór: albo Jezus, albo Barabasz nie był przypadkowy; naprzeciw siebie znalazły się dwie postacie mesjańskie, dwie formy mesjanizmu. Staje się to jeszcze wyraźniejsze, jeśli zwrócimy uwagę na to, że „Bar-Abbas” znaczy „syn ojca”. Jest to typowo mesjańskie określenie, kultowe imię wybitnego przywódcy ruchu mesjańskiego. Przywódcą ostatniej wielkiej mesjańskiej wojny Żydów w roku 132 był Bar-Kochba – „Syn Gwiazdy”. Jest to taka sama konstrukcja imienia, wyrażająca ten sam cel. Od Orygenesa dowiadujemy się innego jeszcze interesującego szczegółu: w wielu rękopisach Ewangelii, aż do trzeciego wieku, człowiek, o którego tu chodzi, nazywał się „Jesus-Barabbas” – „Jezus syn ojca”. Wygląda to tak, jakby był sobowtórem Jezusa, który na inny sposób wysuwa te same roszczenia. Zatem wyboru trzeba dokonać między Mesjaszem, który toczy walkę, przyobiecuje wolność i własne królestwo, i owym tajemniczym Jezusem, który głosi utratę samego siebie jako drogę do życia. Czy to dziwne, że masy dały pierwszeństwo Barabaszowi? (…) Czy jednak my wszyscy ciągle nie mówimy Jezusowi, że Jego orędzie prowadzi do przeciwstawiania się panującym poglądom, a w konsekwencji naraża na niebezpieczeństwo porażki, cierpienia i prześladowania? Chrześcijańskie cesarstwo lub świecka władza papieża nie stanowią już dziś pokusy. Jednak ukazywanie chrześcijaństwa jako recepty na postęp i ogólny dobrobyt, uważane za właściwy cel wszystkich religii, a więc i chrześcijaństwa, to nowa postać tej samej pokusyBenedykt XVI, Jezus z Nazaretu.

Problem Piotra i pozostałych uczniów polegał na tym, że zbytnio ulegli poczuciu misji. Skoro nadchodzi Królestwo Boże, muszą stanąć na wysokości zadania. Nadchodzą doskonałe czasy i nie mogą okazać słabości. Nie pojmują słów Jezusa, że Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy. Już dziś chcą zobaczyć siłę Królestwa w widzialnej postaci tego świata. Dopiero po zmartwychwstaniu dotrze do Piotra pełne zrozumienie, że iść za Jezusem oznacza usługiwać: „Kiedy byłeś młodszy, przepasywałeś się i szedłeś, dokąd chciałeś. Kiedy jednak się zestarzejesz, wyciągniesz ręce, a ktoś inny cię przepasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. Powiedział to, aby wskazać, jaką śmiercią uwielbi Boga. Następnie rzekł do niego: Pójdź za mną    (J 21,18-19). Rene Laurentin – wybitny teolog pisze, że Chrystus

mężczyznom powierzył to, co zewnętrzne. Kościół widzialny, jego obrzędy, jego dogmatykę, jego władzę. Dla kobiet zachował dary bardziej ukryte, często nieznane, po stronie serca, życia wewnętrznego, poufałości z Nim. Dla kobiet wybrał lepszą cząstkę. Czy nie jest nią miłość, intuicja, działalność, a także pamięć?.

Zanim apostołowie, szczególnie Piotr, „potwierdzą” obecność Zmartwychwstałego, pierwszymi świadkami są uczniowie – kobiety. Współczująca służba nierozerwalenie związana w pójściem za Jezusem, pełna Mocy z Wysoka, okazała się bardziej skuteczną niż natarczywość i wojowniczość apostołów idących za Jezusem. Kruchość kobiet nie stała się przeszkodą, aby z odwagą, skoro świt przyjść do grobu i zmierzyć się z tym, wobec czego musiały po ludzku czuć się bezsilne: zaciągnięty i opieczętowany kamień u grobu oraz straże. Są bezradne wobec pustego grobu, ale nie kierują się lękiem ale bojaźnią (por. Mt 28,8). Bojaźń to szacunek i otwartość na to, czego nie rozumiemy. Odwrotnością bojaźni jest lęk i zamknięcie na to, czego nie rozumiem, przywiązanie do własnej wizji. To zawsze rodzi walkę. „Bezradność jest częścią dzielności” – pisał w „Chrześcijaninie i lęku” Hans Urs von Balthasar. Jezus także przez trzy dni leżał bezradny w grobie, bo umarły nic nie może uczynić, dlatego Łukasz używa czasownika „został przebudzony” (gr.  egerthe) Bezsilność Jezusa jest otwartością na moc Ojca. Jego dzielność wypływa z mocy synowskiego zaufania Ojcu.

Głaz przytłaczający grób to suma ludzkich kamieni: kamienia Piotra, który jest zawadą dla Jezusa, kamień jego zaparcia się i głaz jego lęku, z powodu którego on i inni apostołowie „barykadują się” w Wieczerniku. Ale głaz spoczywający na grobie Jezusa – suma wszystkich naszych grzechów, niewiary i lęku, przygniatające nasze serca został odsunięty, a „Brama Miłosierdzia jest już otwarta i każdy może przez nią wejść, by doświadczyć miłości Boga, który pociesza. przebacza i daje nadzieję” (papież Franciszek). Piotr w dzień zmartwychwstania nie musi już się bać Tego, którego trzy razy zdradził. Odjęto od niego lęk i podarowano mu ufną miłość, z dzięki której może teraz „iść” i „usługiwać”.  Można powiedzieć, że to on, idąc za głosem kobiet, zmartwychwstaje – wraca odważnie do życia : „Piotr jednak wstał (z gr. anasta) i pobiegł do grobu” (Łk 24, 12).

Dziś także rozgrywa się dramatyczny wybór. Czy wobec wyzwań, przed którymi stoimy osobiście oraz przed którymi stoi chrześcijaństwo w Europie, „pójdziemy” za Chrystusem walcząc czy służąc? Możemy sami nałożyć sobie kamień lęku, które przykrywa serce. Lęk Piłata, wobec wyzwania jakim był dla niego niewinny Jezus, sparaliżował go i poszedł drogę przemocy. Lęk uczniów kusił, by z wieczernika zrobić bunkier. Na szczęście, dzięki Mocy z Wysoka stali się wolni od lęku, bo „gdzie Duch Pański, tam wolność”. Postchrześcijańska Europa stoi dziś przez wyborem czy w imię „obrony wartości chrześcijańskich” kierować  się konfrontacją i walką czy jednak zrzuci kamień braku miłosierdzia, otworzy się i zaufa przekonaniu, że skuteczną obroną i jej twierdzą jest człowieczeństwo (abp Bolonii Meteo Zupii na Zjeździe Gnieźnieńskim).

Redaktor Paweł Lisicki, po tym jak papież Franciszek obmył stopy dwunastu uchodźcom, w tym kobietom i niekatolikom, uznał gest papieża za niewłaściwy i nieroztropny. Ale czyż papież nie zdobył się właśnie na ten gest samego Mistrza, który tak doskonale rozumiały uczennice Pana – kobiety? Czy roztropnym było umycie nóg Judaszowi? Mógł on przecież opacznie zrozumieć gest Jezusa jako zgodę na jego działanie.  Kobiety były otwarte na „skandal”  miłosierdzia, które jako jedyna broń może „rozbroić” świat. Tylko przez miłosierdzie możemy uniknąć sromotnego skandalu, do którego chcą nas – na wzór polityków – zaciągnąć fałszywi uczniowie Boga – Boga wojny. Przestrogą winna być dla nas historia Piotra, który potknął się o kamień (petra scandalou) swojej bojowej wizji drogi, według której miał iść Mesjasz i Kościół. Jean Vanier pisał do Julii Kristevy:

Powróćmy do elementarnego pytania: Co pozwala ludzkiemu sercu bez lęku otworzyć się na odmienność, nie zamykać się ze strachu przed porażką i zaryzykować wyjście do drugiego (innego)? W jaki sposób przyjąć obcego, cudzoziemca, który jest inny, tego, który nie mówi w moim języku, nie przynależy do mojej kultury (…)? Czy drugi jest rywalem, czy bratem i siostrą? Wszechobecność normalności często zmusza ludzie, by wierzyli, że istnieją o tyle, o ile prześcigną drugiego, o ile „wygrają”. Tymczasem pytanie brzmi: jak ludzkie serce może ogarnąć to, co dotyczy nas wszystkich – pragnienie, by ten drugi, odmienny, był szczęśliwy i czuł się dobrze w łonie ludzkiej rodziny? (…). Nowy humanizm, do którego aspirujemy, zakłada przemianę serc i umysłów. Ta przemiana prowadzi nas do pewnej formy współczucia, która nie polega na płakaniu nad drugim, ale na tym, by iść razem z nim – „(Bez)sens słabości. Dialog wiary z niewiara o wykluczeniu”, Poznań 2012, s. 90n.

Kobiety szły razem Jezusem aż po Jego śmierć konsekwentnie, odznaczając sie przemienioną mentalności ą kogoś, kto służy – umywa nogi. Szły krok w krok za Jezusem w Jego diakonii (posługiwaniu), więc pierwsze stały się świadkami Paschy – Miłości, która nie utaje.

P.s. jedną z inspiracji do wpisu był artykuł p. Zuzanny Radzik „Widziały Pana” w Tygodniku Powszechnym 33 (3481). Polecam.