„Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma”  (por. Mt2, 13-18)

 

 

Zdjęcie przedstawia 8-letnią Shaharzad Hassan z syryjskiego Aleppo. Prezentuje nam wykonany przez siebie rysunek przedstawiający akcję ratowania uchodźców przez grecką marynarkę wojenną na północnej greckiej stacji granicznej Idomeni, w piątek, 11 marca 2016 r. W zatłoczonym obozie dla uchodźców na granicy grecko-macedońskiej Shaharzad Hassan w ciągu ostatnich 18 miesięcy narysowała wiele wstrząsających wydarzeń: obrazy śmierci w jej rodzinnym mieście Aleppo, w Syrii i jej ryzykowną przeprawę do Europy. Tytuł rysunku ze zdjęcia brzmi „Journey of Death” (AP Photo / Vadim Ghirda – http://www.ibtimes.com/syrian-war-created-24-million-child-refugees-affected-84-million-kids-unicef-2335905)

 

 

Próbowali uruchamiać silnik, ale teraz znów zgasł i nastała cisza. Przerażająca cisza w huku spienionych fal i szumu zacinającego deszczu. Łódź jest ustawiona bokiem do fali. To niedobrze, nawet bardzo. Lamis udało się złapać mamę Manar za rękę. Ściska mocno. Muszą być dzielni i zacisnąć zęby. Lamis nie traci nadziei, o której tak wiele rozmawiali podczas długiej ucieczki z Syrii.

(…)

 – Nasz los jest w bożych rękach – mówi cicho starszy człowiek. Jest lekarzem. Jego słowa mogą przynieść niektórych chwilowe ukojenie, los i wiara dają opacie. Ale wiedzą. Ich spojrzenia się dotykają  i mówią co innego. Nie słychać już okrzyków przerażenia i płaczliwego zawodzenia. Ucichły kłótnie i nerwowa szarpanina, teraz już nie wierzą, że mogą cokolwiek zrobić, na cokolwiek wpłynąć, Wszystko zastygło w przerażeniu i niemej bezsilności.

W Ahmedzie narasta uczucie rozpaczy. Telefony z wezwaniem o pomoc wydają się daremne. Jedyne, co słyszą od straży przybrzeżnej i aktywistów, to, że mają zachować spokój i się nie bać. „Jesteśmy w drodze” albo „Jesteśmy z wami”. Pycha z pogardą, obietnice brzmią kłamliwie. Fale sięgają kilku metrów wysokości, jak na filmie grozy, a oni mogą jedynie dryfować i mieć nadzieję, że pomoc nadejdzie, zanim nie będzie za późno.

(…)

Abu Alaa czepia się z wszystkich sił mokrej, śliskiej burty. Patrzy na dzieci Rabbi, czekając na kolejną wiadomość. Lamis, która kocha książki. Salih, najlepszy w klasie, co zawsze słucha wiadomości, i najmniejszy, dwuletni Abdullah. Dwa tysiące czterysta kilometrów dalej Rabiaa robi wszystko, co w jego mocy. „Uspokój ludzi, bracie”., „Najważniejsze, żeby się nie bali”. Ale w tej chwili rodzeństwo boi się jak nigdy przedtem, paraliżujący strach odbiera im głos, pozbawia łez. Morska woda przelewa się na ich głowami, połykają słone krople. Obiecana przez dorosłych pomoc straży przybrzeżnej nie nadchodzi Nie potrafią przecież pływać w tej wodzie.

Jakieś dwa miesiące temu pani T. pożyczyła mi do przeczytania książkę. Wówczas ona sama nie była w stanie dokończyć jej lektury. Nie jest pozycja, którą czyta się w jeden wieczór do poduszki. Ja także byłem w stanie przeczytać najwyżej jeden bardzo krótki rozdział i robiłem długą przerwę. Smutek, złość… odbierały mi ochotę na kontynuację. Kończę ja dopiero teraz, w święta Bożego Narodzenia. Ta książka jest jak dodatkowy gość przy wigilijnym stole. Trudny gość… wymagający. Ale może w takim czasie powinniśmy decydować się na takie właśnie lektury, o których pisał Franz Kafki:

Sądzę, że powinniśmy czytać tylko ten rodzaj książek, które nas ranią i przeszywają… Potrzebujemy książek, które wpływają na nas jak katastrofa, które głęboko nas zasmucają, jak śmierć kogoś, kogo kochaliśmy bardziej niż siebie samych, jak wygnanie go do lasu z dala od kogokolwiek… Książka musi być siekierą dla zamarzniętego morza wewnątrz nas.

Nie jest to więc książka, która w te świąteczne dni może nas wprowadzić w błogi nastrój. Jak bardzo ten gość nie pasuje do klimatu, który mógłby zadowolić nasze świąteczne oczekiwania. One jednak nie mają prawa zamknąc oczu na grozę wydarzeń, którą są w samym centrum tajemnicy Wcieleniu od zawsze: zamknięte drzwi domów w Betlejem, rzeź niewiniątek, ucieczka do Egiptu… trwający konflikt Żydów i Palestyńczyków w Ziemi Świętej bez widoku na jego dobre rozwiązanie i prowokowana z zewnątrz wzajemna niechęć, choroba półrocznej wnuczki pani W. i jej pobyt w szpitalu w same święta, śmierć mamy w Boże Narodzenie osoby, która dziś przyszła załatwiać pogrzeb do kancelarii, lęk wielu osób przed zasiadaniem do świątecznego stołu ze świadomością, że od dawna nie prowadzi się przy nim otwartych rozmów, nie wymienia się gestów, które wskazywałyby na bliskość…  i tonące łodzie z uchodźcami na Morzu Śródziemnym. To jest właściwe tło wydarzeń, na których rozpościera się Dobra Nowina o Wcieleniu – historia narodzin Jezusa – Boga i człowieka.

Książka „Łódź 370. Śmierć na morzu Śródziemnym”* to opis prywatnego śledztwa, które przeprowadziło dwoje Szwedów Annah Bjork i Mattiasa Beijmo. Odtwarzają oni historię pewnej łodzi, która w nocy z 4 na 5 stycznia nie dopłynęła do brzegów greckiej wyspy Lesbos. Planowaną „journey of life” przeżyło tylko trzech młodych mężczyzn, którzy o własnych siłach byli wstanie wrócić – dopłynąć do Turcji. Zaraz zresztą zostają aresztowani, by zatrzeć wszelkie ślady po tragicznej wyprawie uchodźców. Ostatecznie, na podstawie opisu ich przeżyć oraz informacji, które zdobyli autorzy książki wiemy co się wówczas naprawdę stało.  Zatonęło tyle niewinnych dzieci, kobiet i mężczyźn – tak podobnych w swej tęsknocie za życiem do nas, którzy zasiedliśmy do wigilijnych stołów i czytających ewangelię o zamkniętych sercach mieszkańców Betlejem.  Pochłonęło ich morze nie tylko dlatego, że w tym dniu było szczególnie niespokojne. Chciałoby się napisać nieprzychylne. Ale ta cecha może dotyczyć tylko ludzi. Morze było niewinne.

Przemytnicy nie pozwolili im zawrócić, gdy zrobiło się naprawdę niebezpiecznie. Straże nabrzeżne tureckie nie przyszły z pomocą, choć miały możliwość jej uruchomienia. Statek, który znalazł się w pobliżu i obserwował tragedię także nie udzielił jakiejkolwiek pomocy, nie mówiąc już o wzięciu tych nieszczęśników na pokład. Politycy i przywódcy, poza małymi wyjątkami, prowadzą od dawna cyniczną grę kierując się chorymi ambicjami związanymi z władzą i podporządkowanymi im obawami przed swoim elektoratem. Wielu Europejczyków, a wśród nich większość moich rodaków są obojętni na los przeprawiających się przez morze uchodźców, bo propaganda o zagrożeniu narodowym skutecznie przyćmiła ich ewangeliczne sumienie. Słowa papieża są ignorowane, a apele krajowe – choćby przewodniczącego polskiego episkopatu w ostatni wigilijny wieczór –

Przewodniczący Episkopatu: prośmy narodzonego w Betlejem Zbawiciela o pokój (homilia, Msza wigilijna, Katedra Poznańska – 25.12.2017)

– trafiają totalnie w próżnię:

(…) w podejmowaniu problemu uchodźców i ubiegających się o azyl najważniejszym punktem odniesienia nie może być bezpieczeństwo narodowe, lecz tylko człowiek. „Zasada centralnego miejsca osoby ludzkiej […] zobowiązuje nas do przedkładania zawsze bezpieczeństwa osobistego ponad bezpieczeństwo narodowe” (…) Danie osobom ubiegającym się o azyl, uchodźcom, migrantom i ofiarom handlu ludźmi szansy na znalezienie pokoju, którego poszukują – mówi papież Franciszek – wymaga pewnej strategii, która połączy w sobie cztery działania: przyjmowanie, chronienie, promowanie i integrowanie (…)

Są Herodzi cyniczni, okrutni i morderczy. Herodów zobojętniałych, co są jak „zamarnięte morza”, o których pisał Kafka, jest najwięcej. Odwracają głowy od mórz, na których nie mają końca journeys of death.

 

*Annah Bjork, Mattias Beijmo, „Łódź 370. Śmierć na Morzu Śródziemnym”, przeł. Irena Kowadło-Przedmojska, Warszawa 2017