(…)

Która ziemi się uczyłaś przy Bogu,

W której ziemia jak niebo się stała,

Daj nam z ognia pas i ostrogi,

Ale włóż je na człowiecze ciała.

 

Któraś serce jak morze rozdarła

W synu ziemi i Synu nieba.

O, naucz matki nasze,

Jak cierpieć trzeba.

 

Która jesteś jak nad czarnym lasem

Blask pogody słonecznej kościół

Nagnij pochmurna broń naszą

Gdy zaczniemy walczyć miłością.

 

„Modlitwa do Bogarodzicy”, 21. III. 44 r.

 

obrazki z „Matką Boską AK” autorstwa Ireny Pokrzywnickiej

(http://www.militaryfilmfestival.pl/ku-pokrzepieniu-powsta324czych-serc.html)

 

Krzysztof Kamil Baczyński uczył się polskiego patriotyzmu pod okiem dwóch żydowskich matek: rodzonej matki Stefanii z domu Zieleńczyk, nauczycielki i autorki podręczników szkolnych, polskiej patriotki i katoliczki pochodzącej ze zasymilowanej rodziny żydowskiej oraz Maryi Królowej Polski. Siłą rzeczy to musiał być otwarty i mądry polski patriotyzm. Z jednej strony, w twórczości poety w czasie Zagłady – gdy ukrywał się z matką po aryjskiej stronie, a potem z bólem obserwował dramat likwidacji getta i powstania w nim znalazła silne odbicie świadomość jego żydowskiego pochodzenia. Z drugiej strony, świadomość polskiej przynależności była w nim czymś oczywistym i naturalnym, a ukoronowana zostało złożoną w ofierze dla Polski krwią i przelaną w Powstaniu Warszawskim.

Natomiast uznanie Miriam z Nazaretu jako Królową Polski owocowało ewangelicznym rozumieniem patriotyzmu, czego echo odnajdujemy w cytowanym fragmencie wiersza: „Nagnij pochmurna broń naszą Gdy zaczniemy walczyć miłością”. Chrześcijanin ma obowiązek ewangelizowania swojego przywiązania do ojczyzny i narodu. Jeśli uznajemy Matkę Słowa jako Królową, to musimy przyjąć w całej rozciągłości perspektywę królowania Jej Syna. Nie można „naginać” religii i wiary do potrzeb narodu, traktując go jako wartość nadrzędną i ostateczną, ale przeciwnie – królestwa tego świata należy poddać należy królestwu, które nie jest z tego świata. Uznanie królowania Jezusa otwiera serca i umysły, jak pisał papież Franciszek:

wyjście do ludzi oznacza także wyjście z samych siebie, z obszaru własnych przekonań, jeśli te stają się przeszkodą, jeżeli zamykają horyzont, którym jest Bóg.

Nacjonalizm bywa bałwochwalczy, stawiając naród w centrum. I nie dajmy się zwieść, gdy słyszymy z ust nacjonalistów jednocześnie hasła o katolickiej Polsce i słowa pełne pogardy dla narodowych czy politycznych przeciwników. To nie może mieć nic wspólnego z ewangelicznym przesłaniem królującego w cichości i pokorze Chrystusa.

Trudno się dziś nie niepokoić, gdy hydra nacjonalizmu odważnie i cynicznie podnosi głowę. Jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia było, by ktoś maszerował ulicami, pod eskortą policji – bezpieczny i bezkarny – w koszulkach na wydrukiem SS. To nic innego jak deptanie grobów Warszawy, która została zamordwana i zniszczona przez nazistów z pod tego znaku. Nie do pomyślenia było za pontyfikatu Jana Pawła II by jakiś kapłan publicznie wypowiadał tego typu słowa: „nie potępiałbym faszyzmu, póki się go dokładnie nie wyjaśni”. Ów ksiądz ma swoje lata (i kościelne honory) i powinien  wiedzieć, że takimi dywagacjami narusza dobrą pamięć licznych kapłanów i męczenników – ofiar faszyzmu, których w gnieźnieńskiej archidiecezji, w której posługuje (na którą składają się także diecezje bydgoska i włocławska) było najwięcej.

Mój niepokój nie jest odosobniony. W najnowszym wywiadzie – książce „Kościół katoludzki. Rozmowy o życiu z Ewangelią”, Prymas Polski Wojciech Polak mówi ze smutkiem:

Nacjonaliści mają już oddanych, identycznie myślących duszpasterzy. Są przyjmowani w kościołach, w najważniejszych sanktuariach Polski. To jest nasz, jako Kościoła, grzech zaniedbania. Nie mamy ludzi, którzy byliby gotowi iść, stanąć przed nacjonalistami i odważnie zmierzyć się z wyzwaniem. Nie tak, jak niektórzy ich obecni duszpasterze, którzy często – muszę to powiedzieć szczerze, z wielkim bólem – tylko przyklaskują herezji.

W poetyckiej frazie Baczyńskiego „nagnij pochmurna broń naszą gdy zaczniemy walczyć miłością” dostrzegam proroctwo. Polacy nie odnieśli militarnego zwycięstwa w Powstaniu Warszawskim, którego świadomość rychłego wybuchu miał poeta, gdy pisał zacytowany wiersz w marcu 1944 roku. Zwycięstwo przyszło dwadzieścia lat później, gdy biskupi polscy „walcząc miłością”, zwrócili się do biskupów niemieckich: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. W nacjonalizmie rachunek strat i krzywd musi być wyrównany zemstą. Natomiast patriotyzm poddany ewangelii otwiera się na sprawiedliwość, która panuje w królestwie Chrystusa i Jego Matki. Jak słyszymy dziś w drugim czytaniu:

Bracia: Z radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości. On uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie, odpuszczenie grzechów (Kol 1, 12-13).

Prymas Polski Wojciech Polak zwraca również uwagę na manipulowanie słowami Prymasa Tysiąclecia: „Działajcie w duchu zdrowego nacjonalizmu. Nie szowinizmu, ale właśnie zdrowego nacjonalizmu, to jest umiłowania Narodu i służby jemu”.  I tak dalej komentuje te słowa:

mamy przykład ahistorycznego wyrywania z kontekstu słów kardynała Wyszyńskiego. Kilkadziesiąt lat temu, w Polsce pod ścisłą kontrolą Kremla i PZPR, gdy propaganda głosiła komunistyczny internacjonalizm bądź Moczarowski nacjonalizm — takie pojęcia jak „naród” miały nieco inny wydźwięk. Sugerowanie, że Prymas Tysiąclecia był nacjonalistą, jest w najlepszym razie przejawem ignorancji, zaś w najgorszym — cynicznym kłamstwem. Kiedy kardynał Wyszyński mówił o nacjonalizmie, miał na myśli postawę, którą współcześnie utożsamiamy z patriotyzmem. Proszę, nie wykorzystujmy prymasa Wyszyńskiego w taki niecny sposób. Nie przekłamujmy przesłania i dziedzictwa wielkiego Polaka i Sługi Bożego, który — mam nadzieję — wkrótce będzie ogłoszony błogosławionym i świętym. Kiedy kardynał Wyszyński wskazywał na pierwszeństwo troski o to, co nasze — mówił to w czasach, gdy nasza kultura, tożsamość i duchowość były niszczone, a nasze narodowe cele podporządkowano obcym interesom. Nigdy jednak w jego nauczaniu nie było mowy o wykluczaniu kogokolwiek. Nie było przekonania, że Polacy są lepsi od innych narodów. Przeciwnie — Prymas Tysiąclecia bezgranicznie kochał Polskę, ale dobrze znał i piętnował nasze słabości i wady. Nie mówił, że jesteśmy narodem chrześcijańskim czy katolickim, lecz ochrzczonym — to znaczy takim, który przyjął określoną tradycję, ale wciąż musi nad sobą pracować, pogłębiać swą wiarę i nawracać się do Boga.