1 marca 2016 roku przypadły setne urodziny Krystyny Feldman. Miesiąc wcześniej obchodziliśmy dziewiątą rocznicę jej śmierci. Z tej okazji w Poznaniu ukazała się jej autobiograficzna książka „Światła, które nie gasną,” rękopis, której znaleziono w mieszkaniu artystki. Była wielką aktorką, grała w dziesiątkach filmów i spektakli teatralnych. Wielokrotnie na zagranicznych festiwalach filmowych otrzymywała pierwsze nagrody za najlepsze aktorstwo, jednak zwykle za drugoplanowe role. Grała dewotki, dozorczynie, rajfurki, sprzątaczki. W Pianiście zagrała Żydówkę, a w Ogniem i mieczem Ukrainkę. Jej rolą życia było wcielenie się w męską postać, Nikifora.

Drobna, niska, starsza, siwa i krótko obcięta pani, o wąskich ustach i wąskiej twarzy, maszerująca zawsze w spodniach. Była osobą niezwykle pokorną, robiła wrażenie kobiety nieśmiałej i zawstydzonej przez życie. Choć nie miała urody gwiazdy Hollywood, była urocza, w swojej skromności piękna. Zapamiętałem jej duże oczy pełne łagodności. Pani Krystyna lubiła ludzi. Można ją było spotkać na ulicy, w tramwaju, na miejskiej ławeczce, w kościele, na krużgankach, zawsze w gronie ludzi bardziej lub mniej znanych, a czasami w towarzystwie przykościelnych żebraków. Ona dobrze się czuła wśród Poznaniaków, choć pochodziła ze Lwowa. Nie udawała Bóg jeden wie kogo, kogoś kim nie była, nie oczekiwała też nie wiadomo czego, specjalnego traktowania, nie uważała się za królową i nie żądała noszenia na rękach, była – jak to się mówi – osobą prostą w obsłudze. Zupełnie inna niż kapryśne gwiazdy z pierwszych stron kolorowych magazynów  i za to Poznaniacy, w tym dominikanie, ją kochali. Kiedy pojawiała się na korytarzu przy zakrystii wołała do zaprzyjaźnionych zakonników: witam kochanego ojca. Z radości potrafiła figlarnie rzucić się na szyję, mimo, że była niskiego wzrostu. Trudno było jej nie zauważyć, jej spojrzenie było wymowne, miało w sobie jakąś niewinność, nie było w pani Krystynie cienia zaborczości czy roszczeń. Ona była nastawiona na spotkanie z drugim. Miała tę niezbyt częstą cechę, że sama poszukując miłości i życzliwości szanowała tę samą potrzebę u innych. Ludzie widząc ją, zlatywali ostrożnie jak wróble i karmili się jej brakiem pretensjonalności. Imponowało im, że tak rozpoznawalna i znana osoba potrafi się z nimi tak zwyczajnie spotkać. Niewiele znanych mi osób z tak zwanego świecznika posiada tę cechę w stopniu tak zaawansowanym. Znam nawet osoby, które się wynoszą, podkreślając jak bardzo są ważne, żywiąc mniemanie, że są lepsze od innych, że wiedzą lepiej. Gdyby świętość przysługiwała tylko za brak pretensjonalności to Krystyna Feldman powinna być już teraz beatyfikowana.

Jako poznański dominikanin często spotykałem ją w naszym Kościele. Dominikanom była wierna od lat. Mimo, że mieszkała w innej części miasta przyjeżdżała do śródmieścia bimbą, czyli poznańskim zielonym tramwajem. W niedzielę regularnie przychodziła na mszę o godzinie trzynastej. W prezbiterium kościoła cicho siadała w ławeczce po lewej stronie ołtarza i kiedy trzeba było przeczytać lekcję, stawała za ambonką z mikrofonem, zza której nie było prawie widać takiej, jak ona drobiny. Głośno, z przejęciem, ale bez aktorskich naleciałości, bez interpretowania, dobitnie czytała Słowo Boże. Ta kobieta, na scenie mająca dziesiątki twarzy, tu w domu Bożym miała jedną – swoją twarz. Nie była zwykłym kościelnym lektorem, była wspaniała, zawstydzała rzetelnością i profesjonalizmem. Do czytań się przygotowywała, przynajmniej pół godziny przed rozpoczęciem mszy, w zakrystii zaznajamiała się z tekstem siedząc w fotelu, który stoi tam do dnia dzisiejszego. Zawsze przystępowała do komunii świętej. Była osobą niezwykle pobożną, ale nie dewotką. Ci którzy wcześniej u dominikanów na trzynastce nie bywali, byli zaskoczeni, przecierali ze zdumienia oczy odkrywając, że ta babina z ławki to Babcia Rozalia z Kiepskich, innym wydawało się, że to Nikifor ożył, powstał z grobu i przyjechał z Krynicy do Poznania. Bardziej wytrawnym znawcom kina i i teatru Krystyna Feldman kojarzyła się ze starymi rolami w polskim filmie lub z Teatrem Nowym, na którego deskach występowała do końca życia.

Czasami po mszy Pani Krystyna przychodziła na herbatę i ciastko do tak zwanego Chlewika, to znaczy do niedzielnej kawiarenki dla rodziców z dziećmi, przerobionej z przyklasztornego pomieszczenia. W czasach tak zwanych kartek na mięso dominikanie, nie do końca legalnie, hodowali w nim świnie pieszczotliwie nazywając je blondynkami. Opowiadała wtedy ze swadą i z liryzmem o swoim rodzinnym Lwowie i pracy w teatrze. Potrafiła być duszą towarzystwa, łączyła figlarność ze skromnością osobistą.

Zapamiętali ją poznańscy studenci przychodzący do duszpasterstwa akademickiego. Przez wiele lat uczyła ich poprawnej wymowy, dykcji, gestu i wyrażania emocji . Z drugiej strony uświadamiała im, że nie mają interpretować Słowa Bożego. Wielu przygotowywała do ról, jakie odgrywali w noworocznych szopkach, do których teksty pisywał poznański bard Jacek Kowalski. Wraz z ojcem Janem Górą jeździła na Jamną, która znajduje się bliżej jej ukochanego Lwowa niż Poznania. Tam w scenerii gór, leśnych ścieżek i pól wraz ze studentami odgrywała misteria o świętym Jacku i o Maryi. 15 sierpnia w święto Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny ze złożonymi rękami chodziła w procesji za figurą Maryi w welonie i tiulach.

Brakuje nam w Polsce, w Poznaniu Krystyny Feldman. Aktorzy nie zostawiają po sobie spuścizny materialnej: domów, mostów, dróg, przedmiotów. Zostawiają jednak bogactwo duchowe. Duch Krystyny Feldman jest obecny w nas, w naszej kulturze i w naszym odniesieniu do tego, co najważniejsze i ostateczne. Jan Góra mawiał o takich jak ona nadzwyczajnych ludziach, że to schłodzone anioły.