Boga nikt nigdy nie widział, ale każdy z nas nosi pod powiekami takie obrazy, które Go przypominają. Kiedy wracam pamięcią do pierwszych wspomnień związanych z Bogiem widzę pejzaż. Nie twarz, nie postać człowieka, ale szare pola, które rozciągały się za naszą wioską. A nad nimi wąski pasek zieleni, oddzielający je od błękitu nieba. Pomiędzy ziemią i niebem był las. Jego tajemne ścieżki, prześwity, zapachy i bezkres przypominały Boga. Nie wiedzieliśmy, gdzie się kończy. Nigdy nie doszliśmy do jego granic.

W filmie And then came the evening and the morning wyreżyserowanym przez Doriana Supina zobaczyłem scenę, która przypomniała mi tamten las. Estoński kompozytor Arvo Pärt znajduje się na wyspie na jezierze. Chodzi pomiędzy drzewami w świetle słońca. Szuka miejsca, niesie jakąś tacę ze szklankami. Zachowuje się trochę jak pies, który mości sobie posłanie zanim się na nim położy. Jest sam, choć szklanki są dwie. Przypomina Adama, tuż po stworzeniu, czekającego na Ewę.

Scena pełna obecności trzech osób. Kogoś, kto postawił kompozytora w tym miejscu, na tej samotnej wyspie. Nie widać Go, jedynie światło może wskazywać na źródło. Jest też obecność kogoś, na kogo czeka kompozytor. Nie wiemy kim on jest, ale chce z nim dzielić posiłek, zaprasza do intymnej, ludzkiej relacji. I jest wreszcie obecność samego Arvo. Jest Ktoś, kto obdarowuje i ktoś, kto dzieli się tym darem z innymi. Widzimy tylko samego kompozytora. Inni pozostają poza kadrem.

Pod koniec filmu Arvo Pärt mówi: „największe skarby pozostają zawsze ukryte, i największe cuda dokonują się w tajemnicy”. My widzimy tylko cień człowieka ze szklankami, który brodzi w zalanym słońcu lesie. Oto nasze życie.

arvo2

arvo1