Osiem lat temu, tuż przed rozpoczęciem Wielkiego Postu, zostałem wraz z braćmi zaproszony na niezwykłą kolację. Spotkaliśmy się w gruzińskiej restauracji na brzegu rzeki Mojki w Sankt Petersburgu, naprzeciw pałacu Szeremietiewych. Za stołem zasiedli braci dominikanie i petersburscy Żydzi. Powodem spotkania były osiemdziesiąte urodziny o. Georgija. Ojciec Georgij, nazywany przez wszystkich z francuska „Żorż”, był jedną z najbardziej malowniczych postaci powojennego rosyjskiego katolicyzmu. W szerokiej kręgach znany jako legenda jazzu. Wraz ze swoim przyjacielem Giennadijem Golszteinem byli jednymi z pierwszych, którzy grali jazz w Petersburgu, wtedy jeszcze Leningradzie. Jazz nie był jedynie muzyką. W okresie komunizmu była to również forma protestu przeciw powszechnie panującemu zniewoleniu. Golsztein tak wspomina tamte czasy: „Jazz, to była wolna inicjatywa wolnych ludzi. Pamiętam, jak na winylowych płytach słuchałem Glenna Millera – to był inny świat, dźwięk innego życia! Społeczeństwo amerykańskie było dla nas nieosiągalnym marzeniem. Glenn Miller i Duke Ellington z ich cudownym blaskiem, pomogli nam usłyszeć tę wolność”. W kolacji uczestniczyli wszyscy dawni przyjaciele o. Georgija. Stanowili oni pierwszy krąg wolności, który zebrał się wokół solenizanta.

Drugi krąg wolności siedział przy drugim końcu stołu. Byli to bracia dominikanie i inni przedstawiciele kościoła katolickiego. Żorż po przejściu duchowego kryzysu i spotkaniu z dominikankami ze wspólnoty Abrikozowych zbliżył się do katolicyzmu a następnie został dominikańskim tercjarzem i księdzem. Przez wiele lat, jak wspominali przyjaciele podczas kolacji, odprawiał Eucharystię w swoim mieszkaniu. Sądzę, że w naszej prowincji są jaszcze bracia, którzy uczestniczyli w tych mszach. Ojciec Georgii stał się dla swoich dawnych kolegów nie tylko przewodnikiem po świecie muzyki, ale również przewodnikiem duchowym. Wielu z nich przyjęło potem chrzest i stało się katolikami, odnajdując w Chrystusie i Kościele wolność jeszcze większą niż ta, którą dawała im muzyka. Niektórzy z nich, jak Geinadij Golsztein, są naszymi parafianami.

Siedząc za stołem spoglądałem na pałac Szeremietiewych i przypomniało mi się motto ich rodziny wypisane nad wejściem do pałacu: Deus conservat omnia (Bóg chroni wszystko). Josif Brodski w wierszu poświęconym Annie Achmatowej nawiązał do tych słow:

Stronicę i ogień, i młyńskie kamienie,
ziarno, ostre topory i obcięte włosy
Bóg chroni; a zwłaszcza słowa przebaczenia
i miłości tak strzeże, jak własnego głosu. (tłum. K. Krzyżewska)

Bóg chroni wszystko, a zwłaszcza słowa przebaczenia i miłości. Pomyślałem o ludziach, którzy towarzyszyli nam przy stole, i dostrzegłem w nich jedynie wdzięczność, względem Boga, kultury i Żorża. Pomimo ciężkich czasów, w których przyszło im żyć, słyszeliśmy tamtego wieczoru jedynie słowa przebaczenia i miłości. I jeszcze jedno, bardzo ważne. Przy tym stole spotkały się również dwie przestrzenie wolności: kultura i Kościół, w sposób harmonijny wcielone w życie jednego człowieka Żorża Fridmana – Ojca Georgija.