Lato 1993 roku spędziłem w Paryżu. Od pierwszego spotkania z Rzasą w 1980 roku minęło 13 lat. Wakacje te przeżyliśmy wspólnie z tatą, który przechodził we Francji skomplikowaną operację, a ja się nim opiekowałem. Pewnego wieczoru trafiliśmy do Centre du Dialogue księży pallotynów. Treść wygłoszonego wykładu w tym momencie nie ma znaczenia, ani kto był prelegentem. Mnie oczarował jedynie krzyż wiszący nad jego głową. Była to rzeźba podobna, do tych, które robił tata. Rozwidlone gałęzie lipy tworzyły ciało i wzniesione na krzyżu ramiona Chrystusa. Było w nim coś surowego a zarazem pociągającego. Istnieją formy, które potrafią oddać dramat bycia człowiekiem. Taki właśnie był ten krzyż.

Rząsa zaczął rzeźbić postać Chrystusa podczas śmiertelnej choroby swojego mistrza Antoniego Kenara. Jak wspomina syn artysty: „świadomość, iż Kenar będzie musiał odejść, była dla niego trudna do przyjęcia. Oglądanie, jak profesor gaśnie, wzmagało poczucie bezsilności. Wtedy właśnie ojciec zaczął rzeźbić pierwsze krzyże. Wówczas pojawiły się Chrystusy w twórczości ojca”. Chrystus w twórczości Rząsy jest symbolem człowieka, który doświadczył na sobie ogromu cierpienia. Artysta wyznaje: „ten człowiek na krzyżu poznał już wszystko, dobro i zło, w jego twarzy jest cała o tym wiedza, którą zdobył…”. Sługa Jahwe, mąż boleści oswojony z cierpieniem. Poprzez rzeźbę Rząsa opowiadał o człowieku. Nie mówił o Bogu, mówił o człowieku, jego życiu, a nade wszystko o cierpieniu. Podstawą było zawsze odniesienie do konkretnej ludzkiej historii. Przyjaciółka Rząsy, również rzeźbiarka wspomina, że właściwie za każdą z rzeźb Rząsy stała historia konkretnej osoby. W tym zawiera się chyba największa nowość jego twórczości religijnej. On nie rzeźbił człowieka, aby powiedzieć coś o Bogu, ale rzeźbił Boga, żeby powiedzieć coś o człowieku. Pod tym względem jego twórczość jest na wskroś nowoczesna. Człowieczeństwo Chrystusa jest dla niego kluczem do zrozumienia tego, kim jest człowiek. Mateusz Rząsa wspomina: „Myślę, że może nawet w sposób nieuświadomiony, nosił on w sobie przekonanie, że ludzie, którzy stają przed faktycznymi problemami, z którymi sobie nie radzą, traktują kościelne rzeźby jak powierników swoich trosk. Ojciec miał chyba głębokie przekonanie, że jeśli chwyta za dłuto, to musi mówić o sprawach najważniejszych. I że uprawianie sztuki jest aktem mającym styczność ze sferą sacrum. Rzeźba nie miała być jedynie atrakcyjna formalnie, nie był to też pomysł na zarobek czy na zrobienie kariery”. Rzeźba jest powiernikiem. Forma krzyża, Chrystus ukrzyżowany był tym, który odpowiadał na najważniejsze pytania człowieka.

Kiedy tamtego lata wróciłem z Paryża, zrezygnowałem ze zdawania na Akademię Sztuk Pięknych. Rok później rozpocząłem naukę w studium medycznym na wydziale rehabilitacji. Zacząłem przechodzić drogę odwrotną niż ta, którą przeszedł Rząsa. Zająłem się człowiekiem, aby odnaleźć w nim Boga.

Kiedy przygotowywałem się do egzaminów na ASP, uczyłem się u krakowskiej kolorystki, która zawsze powtarzała, że powinienem raczej zostać rzeźbiarzem, albo grafikiem. Rzeźba nie jest jedynie moją ulubioną formą wyrazu artystycznego, lecz również częścią mojego duchowego dziedzictwa. Dzięki mojemu ojcu, dzięki jego rzeźbom, nauczyłem się kilku fundamentalnych prawd, które do dziś nie straciły na aktualności. Pierwsza i najbardziej podstawowa, to ta, że twórczość wymaga ofiar. Rząsa pisał nawet bardziej jednoznacznie: „Rzeźba jest piękna, ale wymaga całkowitego oddania, wyrzeczeń. Trzeba ją kochać więcej niż siebie”. Druga prawda: sztuka zaczyna się od patrzenia, a patrzenie to musi być harmonijną mieszanką spontaniczności i umiaru. I trzecia prawda, która mówi o tym, że sztuka, to próba dania odpowiedzi na najgłębsze ludzkie pytania. W niej nie może być miejsca na poszukiwanie łatwego poklasku. Kiedy Rząsa wyrzeźbił krzyż na grób swojego mistrza, opór wiernych był tak wielki, że próbowali rzeźbę kamieniami odbić od postumentu. Antoni Rząsa i jego twórczość wplata się w moje życie i przenika z tą szkołą ofiary, patrzenia i odpowiedzialności, którą odebrałem u mojego ojca. Rzeźba to nie zabawa, to formacja, to życie. Wiem, że nie wszyscy się z tym zgodzą. Wcale tego nie oczekuję. Piszę ten tekst z wdzięczności dla dwóch artystów: Antoniego Rząsy i Bolesława Surówki.

Po raz pierwszy spotkałem się z Rząsą, gdy nieśli go zamkniętego w drewnianej skrzyni w jego ostatnią drogę. Teraz czeka, aż z tej prostej formy, Bóg w dniu zmartwychwstania wydobędzie prawdziwego Antoniego. I już nie będzie żadnego bólu w tej twórczości.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu „Blok Wschodni”. Dziś już niedostępny w internecie, dlatego postanowiłem przypomnieć go przed wakacjami. Może ktoś odwiedzi galerię Antoniego Rząsy w Zakopanem przy ulicy Bogdańskiego 16A.