W drodze powrotnej z wakacji przeczytałem jednym tchem „Świętego i błazna” Jana Grzegorczyka. Nie mogłem się oderwać. Czytałem sporo książek Jana Góry i wiele wywiadów z nim przeprowadzonych. Ten jest szczególny, ponieważ jest zapisem ogołocenia. Jeden wątek szczególnie mnie poruszył. W którymś momencie ojciec Jan mówi: „Duszpasterstwo w obecnym kształcie jest przeszłością. Duszpasterstwo akademickie de facto nie istnieje. To jest twór przedwojenny, gdy przed południem się studiowało, a po południu udzielało towarzysko”. Sądzę, że tak ostry sąd nie był tylko wynikiem rozgoryczenia, spowodowanego przejściem na „duszpasterską emeryturę”. Ojciec Jan ma sporo racji, wydaje się, że formuła się wyczerpała, trzeba znaleźć nowe metody i nowy sposób dotarcia, bo świat się zmienił. „Duszpasterstwo musi sobie teraz znaleźć lokomotywę, coś, co je pociągnie”.

Nie wiem czy bracia, którzy zajmują się duszpasterstwem akademickim dostrzegają te same problemy i stawiają sobie podobne pytania. Jestem jednak przekonany, że z duszpasterstwa akademickiego nie wolno na zrezygnować. Jan Góra sądził, że będzie ono bardziej punktowe, ponieważ nie można liczyć na systematyczne uczestnictwo, kiedy wszyscy są zagonieni. Myślę, że nie chodzi tylko o kwestię czasu. Potrzebna jest lokomotywa, która pociągnie resztę.

W tym roku obchodzimy 80 rocznicę założenia pierwszego dominikańskiego duszpasterstwa akademickiego w Poznaniu. Dokładnie czterdzieści lat temu ojciec Bernard Przybylski napisał dla miesięcznika „W drodze” tekst poświęcony początkom duszpasterstwa. Jest to relacja z wydarzeń, ale i tekst pokazujący jakie idee przyświecały ojcom założycielom DA. Myślę, że warto sięgnąć tego tekstu w poszukiwaniu lokomotywy. Zmieniający się świat jest tylko jednym z czynników wpływającym na modyfikację naszej duszpasterskiej działalności. Drugim jest wierność tradycji, niemniej twórcza niż aggiornamento.

Już w pierwszym zdaniu określa przestrzeń działalności. Nie pisze o duszpasterstwie akademickim, ale o duszpasterstwie w uniwersyteckiej wspólnocie. „Wydaje mi się, – pisze ojciec Bernard – że odpowiada to bardziej i temu, co urzeczywistniło się w Poznaniu, i naszej odwiecznej dominikańskiej tradycji. Mianem «uniwersytet», universitas określano w ciągu wieków nie instytucję, nie gmachy, ale społeczność oddającą się nauce i przez nią zgromadzonych w danym ośrodku: zarówno świat uczonych, jak i żaków”. Nie chodzi więc tylko o ogarnięcia swoją działalnością studentów, ale całego środowiska akademickiego. Duszpasterz swym oddziaływaniem pasterskim obejmował studentów, profesorów i asystentów wszystkich szkół wyższych w Poznaniu. Mam wrażenie, że w ostatnich latach skoncentrowaliśmy się wyłącznie na studentach.

Ojciec Bernard czyta ze studentami Tomasza.

Druga kwestia dotyczy wprost źródła. Ojciec Bernard pisze: „Od pierwszych dni po przybyciu do Poznania aż do wojny odprawiałem codziennie msze św. akademickie w Nowym Domu Akademickim. (…) Największy jednak nacisk kładłem zawsze na regularne słuchanie spowiedzi. (…) W tym, a nie w różnego rodzaju «imprezach» wychowawczych, tkwi istotny klucz oddziaływania duchowego”. Chodzi o oddziaływanie duchowe, a nie jakiekolwiek inne oddziaływanie. Jeśli nasze działania nie będą skierowane na oddziaływanie duchowe, ale wyłącznie kulturalne, czy nawet wychowawcze, zapewne przegramy z konkurencją.

Trzecia kwestia to oczywiście pomoc potrzebującym studentom. Ten element jest najbardziej podatny na zamianę. W 1945 roku młodzież potrzebowała po prostu opieki finansowej, mieszkaniowej, zdrowotnej, ale także psychologicznej. W dzisiejszych czasach wyzwania zapewne są inne, ale można je określić tym samym słowem, którego użył ojciec Bernard: caritas academica.

I wreszcie czwarty element, czyli czas. I nie chodzi tu wcale o czas, którym dysponują studenci, ale o czas, który duszpasterz oddaje środowisku akademickiemu. „Młodzież uniwersytecka wiedziała wreszcie, że duszpasterz jest «jej», że ma do niego «prawo» zawsze i w każdej sprawie”. W kronikach klasztoru poznańskiego czytamy, że ojciec Bernard „całą duszą był oddany tej pracy, będąc nią zajęty dzień i noc. Od świtu opracował na maszynie rozmaite referaty i przemówienia, które wygłaszał na wieczornych posiedzeniach”. Sam często zadawałem sobie pytanie, czy byłem całkowicie dla studentów, czy mieli do mnie prawo, i wreszcie czy pracowałem dzień i noc. Myślę, że gdybyśmy pracowali dzień i noc wiele naszych inicjatyw przyniosłoby lepsze owoce.

To nie jest oczywiście lokomotywa, o której mówił ojciec Jan. Tę wskaże nam Duch Święty. We wspomnieniach ojca Bernarda możemy jednak odnaleźc elementy, które powinny być zachowane, jeśli chcemy żeby lokomotywa nabierała tępa i nie wypadła z toru. A jeśli tak się niestety stanie, to może nie tylko warto stwierdzić, że formuła się wyczerpała, ale wracać do źródła?