Czasem prowadząc zajęcia ze studentami zastanawiam się, czy warto wypowiadać głośno wszystkie pytania, które przychodzą nam do głowy. Nie chodzi o to, by uciekać od trudnych kwestii w teologii, by tłumić w sobie naturalną ciekawość, ale o to, by pytając nie dać się zwieść. Współczesna kultura przekonuje nas, że człowiek dojrzały potrafi otwarcie wypowiadać się na każdy temat. Myślę, że jest wręcz przeciwnie, człowiek dojrzały nie na każdy temat i nie o wszystkim będzie mówił publicznie. Miarą dojrzałości jest nie tylko odwaga w stawianiu pytań, ale i dyskrecja w mówieniu o kwestiach dotykających najgłębszych warstw ludzkiego życia.

Niedawno o. Krzysztof Popławski pisał na blogu o milczeniu żony Edwarda Stachury i Margie Smith, w której był zakochany Thomas Merton w ostatnich latach życia. „Nie wszystko na sprzedaż“ – jak słusznie konkluduje o. Krzysztof. Ja bym tylko dodał – nie wszystko na pokaz.

Osobiście bardzo nie lubię pytań rozpoczynających się od słów „po co?”. Odnoszę wrażenie, że ciągle modne jest zapraszanie do duszpasterstw na spotkania typu: „Po co Kościół?”, „Po co sakramenty?”, „Po co ślub?”. Zdaję sobie sprawę, że duszpasterze w ten sposób chcą zaintrygować, przyciągnąć słuchaczy. Tylko dlaczego stosują ten chwyt wobec ludzi, którzy chodzą do Kościoła? Tego typu pytania mogą wprowadzać zamieszanie zamiast utwierdzać ludzi w wierze. Może okazać się, że zamiast trafnie postawionym pytaniem pogłębiać wiarę, dzielimy się naszymi wątpliwościami. W jednym z kazań o. Tomasz Alexiewicz komentując scenę zwiastowania Zachariaszowi, powiązał milczenie starego kapłana z jego niewiarą. Jeśli nie uwierzyłeś Bogu, to milcz i nie zarażaj innych swoją niewiarą. Zachariasz, który całe życie służył Bogu, w decydującym momencie nie rozpoznał czasu nawiedzenia. Czasem, również dla kapłana, milczenie jest najlepszym wyjściem z sytuacji.

Istnieją również pytania bezbożne. Większość z nas pamięta o. Jacka Salija, który odpowiadając na nasze pytania powtarzał: „My też kiedy byliśmy młodzi, byliśmy bezbożni”. Było to powiedziane w formie żartu, ale rzeczywiście nasze pytania czasem wychodziły za ramy dobrego wychowania. Pytania bezbożne bardzo często rozpoczynają się od słów: „a co by było, gdyby”. „A co by było, gdyby Matka Boża miała więcej dzieci? „A co by było, gdyby Słowo Boże wcieliło się w …?”, itd. itp. Szczególnie delikatną kwestią jest stosunek do Matki Bożej. Tak zwani dojrzali chrześcijanie będą nas przekonywać, że można spokojnie poruszać każdą kwestię związaną z Jej życiem. Przecież była człowiekiem. W XX wieku wśród teologów szeroko dyskutowano kwestię dziewictwa Maryi. Wielu z nich, zarówno zwolenników jak i przeciwników wiecznego dziewictwa Bogurodzicy, zaczęło umieszczać debatę na płaszczyźnie anatomicznej i fizjologicznej. Podejście takie, jak stwierdza René Laurentin, „prowadzi do zaciemniania sensu samej Tradycji”. Zamiast przybliżać, jeszcze bardziej oddalamy. W tej kwestii wypowiedziało się również Święte Oficjum, dając wskazówki w jaki sposób powinna być prowadzona dyskusja. Zagadnienie dziewictwa Maryi nie powinno być poruszane „z pożałowania godną brutalnością”.

W kwestii tej nie chodzi tylko o zgorszenie, czy o urażone uczucia religijne, ale o to, czy starając się przybliżyć Tajemnicę, poprzez pokazanie jej ludzkiego wymiaru, tym samym nie oddalamy jeszcze bardziej samej Tajemnicy. Wysiłki amerykańskiego nauczyciela, który chciał przybliżyć uczniom człowieczeństwo Maryi, odwołując się do obrazu „Madonna” Edwarda Muncha, są dobrą ilustracją tego typu podejścia. Myślę, że w odniesieniu do teologii możemy stosować zasady podobne jak w doniesieniu do Liturgii. Próba wyjaśnienia Niepokalanego Poczęcia przez odwołanie do obrazu Muncha przypomina celebrowanie Eucharystii w marynarce i pod krawatem.