Bez znieczulenia?!, czyli czy i jak opowiadać o depresji, osamotnieniu, wzruszeniach i mount-everestach księży.
Dyskutować będą:
– o. Krzysztof Popławski OP
– Marcin Jakimowicz
Prowadzący – o. Wojciech Prus OP

Kraków – Kapitularz, godz. 15, niedziela, 25 października.

Dyskusja jest związana z moją książką: „Oczko. Miniatury (anty)klerykalne”. W drodze, Poznań 2015. Zapraszam na spotkanie i przedstawiam jedno z 21 opowiadań.

15. KSIĄDZ JUDASZ

Judasz był apostołem. Nie został pozbawiony tej godności w przededniu zdrady. Jest obecny na Ostatniej Wieczerzy. Jemu także umył Jezus nogi. Wraz z Janem był prawdopodobnie najbliżej Mistrza. Jezus przepowiada, że zostanie przezeń wydany w ręce Żydów, ale nie usuwa go z grona Dwunastu. Według wszelkiego prawdopodobieństwa udziela mu Komunii (J 13,26).  (…) Judasz nie przestał być jego apostołem. (Wacław Hryniewicz, Dramat nadziei zbawienia)

 

– Czy Judasz był księdzem? – niespodziewanie zadał sobie pytanie.

Po raz pierwszy pomyślał o sobie w kontekście Judasza. Jego zdrada była inna niż Judasza: nie zdradził Jezusa publicznie. Zdradził Jezusa w sobie, chociaż nie wiedział dokładnie, co to oznacza. Nawet nie zabolało. Po prostu odczuł pustkę, w której nie ma ani grama ciepła, arktyczny powiew beznadziei.

– Zwyczajna duchowa krioterapia – podsumował swoje odczucie. – W moim przypadku na pewno bezskuteczna – dodał spokojnie.

Siedział nad listem. Listem pożegnalnym.

– Co za patos – zniecierpliwił się. I po chwili ciągnął dalej: – Z kim mam się żegnać? Kogo mam przepraszać albo obarczać winą? Co za gówno chodzi mi po głowie?

Zgarnął kartkę ze stołu i ścisnął tak mocno, jakby chciał wycisnąć z niej tych parę słów, które napisał.

Czuł w sobie absolutną pustkę, czarną dziurę nicości. I nie wiedział, kiedy to wszystko go ogarnęło. Nic nie wiedział ani nie widział, nawet nie może zawołać jak Stuhr w Seksmisji: „Widzę ciemność”. Może po prostu, wypełniając swoje obowiązki, nie zauważył, kiedy wypłukało z jego wnętrza wszystką pobożność, religijność, teologię, wypłukało wszystko, dosłownie wszystko, dokładnie wszystko. Nie było nic, poza pełnioną funkcją.

Wiedział, że mówią o nim, że jest dobrym księdzem. Troszczy się o ludzi, pobożnie odprawia mszę i cierpliwie słucha spowiedzi. Ciągle odgrywał rolę i był w tym dobry. Ze zdziwieniem widział, że dawał ludziom nadzieję, której sam w sobie nie miał.

W całej tej pustce nie wiedział też, kiedy pojawiła się myśl, by to skończyć. Przerwać przedstawienie i zagrać coś zupełnie niepasującego do roli, niepasującego do scenariusza. Myślał, że nie ma nic: nie ma swojego życia, nie ma ludzi, których by kochał, nie ma Boga i to, co przeżywa, wcale nie jest duchową nocą.

– Co to wszystko ma za sens? Żaden – powiedział głośno.

Z całkowitą pustką w głowie i z lodowatym kamieniem serca sprawdził jeszcze linę, którą zawiązał wokół balustrady pięterka. Wszedł na krzesełko.

Zupełnie niespodziewanie dla samego siebie pomyślał:

– Jezu, ufam Tobie.

Nie wiadomo, czy zdążył się tym zdziwić.

Rano znalazł go kościelny.