Na zakończenie czytań mszalnych mówi się po słowacku „Počuli sme Božie slovo”. Oznacza to „Słyszeliśmy słowo Boże”. Ale ilekroć w ciągu ostatniego tygodnia pojawiały się te słowa, to powracało do mnie pragnienie i nadzieja, by „poczuć słowo”.

– x –

Zdarza się nam wypowiadać słowa, że czegoś nie czujemy (choć byśmy bardzo chcieli), albo coś tak czujemy („Tak czuję” bądź „Czuję to”), że staje się to źródłem naszych przekonań czy decyzji. Gdzieś za tym kryje się pragnienie, by niektóre ważne dla nas słowa, choćby o miłości, przyjaźni, prawdzie były potwierdzone życiem, doświadczeniem, dotknięciem wręcz, poczuciem tego. Boimy się czasem że za słowami nie ma nic, że łatwo jest coś wypowiedzieć, a my byśmy chcieli dowodu, konkretu, odczucia.

Oczywiście wiemy to bardzo dobrze (i zdarzyło się nam to doświadczyć), że uczucia i zmysły mogą nas zapętlić, oszukać, zwieść, napełnić siłą do czynienia czegoś bądź ruszenia dokądś, a potem nas nagle opuścić i zostawić na bezdrożach. Ale często dla tych kilku chwil odczuwania czegoś najważniejszego wielu uważa, że warto się nawet zagubić. Z drugiej strony słowa bp. Rysia brzmią jak ostrzeżenie: „Prawdziwa miłość – prawdziwa, czyli poddana dyscyplinie prawdy: o mnie, o drugim człowieku, o relacji między nami – wymaga nieraz zaparcia się, a może nawet gwałtu na własnych uczuciach”.

To pragnienie poczucia słowa, a raczej Słowa, jest bardzo mocne w pragnieniu doświadczenia Boga w Jezusie Chrystusie. Pamiętam jak mnie poruszył tekst św. Augustyna z „Wyznań”, czytany zresztą w jego liturgiczne wspomnienie 28 sierpnia: „Przemówiłeś, zawołałeś i pokonałeś moją głuchotę. Zajaśniałeś, Twoje światło usunęło moją ślepotę. Zapachniałeś wokoło, poczułem i chłonę Ciebie. Raz zakosztowałem, a oto łaknę i pragnę, dotknąłeś a oto płonę pragnieniem Twojego pokoju”. Czytając te słowa na Wiktorówkach, 28 sierpnia 1990 roku, wczesnych rześkim porankiem w powoli wchodzącym w góry światłem, poczułem Słowo.

– x –

„To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce…” (1 J 1,1)