Powiedzmy, że miała na imię Maria Magdalena (wczoraj wspominaliśmy św. Marię Magdalenę w Kościele, a zarazem był to dzień jej urodzin), skończone studia, a zaraz po nich przyplątała się i nie odpuściła choroba coraz bardziej zabierając możliwość ruchu, mowy, życia. Poznałem ją prawie dwadzieścia lat temu. Kilka lat mieliśmy bliski kontakt: najpierw przez spotkania, potem przez maile. Ostatnie lata to wiadomości od Jej przyjaciółki, która pisała o postępach choroby i braku kontaktu z Marią Magdaleną.

Była blisko Boga, a potem poczuła się odtrącona, miała o to żal i wyrażała pretensje na różne sposoby. Kiedyś po rozmowie o Niej, Jej przyjaciółka napisała: „W głowie, oprócz zmęczenia, mam Marię Magdalenę i naszą rozmowę o niej. Ona chce być po prostu zdrowa – została głęboko zraniona – najpierw ją tak ‘blisko dopuścił’, a teraz zabrał jej ‘wszystko’. Teraz rozumiesz – dlaczego to dla mnie takie trudne…? Szach i mat. Ciężko tego nie analizować – to straszna pokusa, ale Pan Jezus, jak zawsze, dotyka serca, nie ma na to rady”.

Często mówiąc o duchowej drodze używa się określenia św. Jana od Krzyża o wchodzeniu na Górę Karmel. To brzmi dumnie – wspinamy się oto ku Bogu po ciemnej ścieżce, by dotrzeć do światła Jego obecności. Zapominamy, że jest inna droga, dużo trudniejsza i dramatyczniejsza, którą można nazwać „schodzeniem z Góry Karmel” (takiego określenia użył S. Tugwell OP opisując drogę św. Teresy z Lisieux). A schodzenie jest dużo, dużo trudniejsze od wchodzenia.

– x –

„Co jeszcze poza tym w skrócie? Głównie ostatnio śpię (żeby mnie nie było, żeby mnie nie było, żeby…; nie chcę żyć, po co ja się urodziłam, nienawidzę faktu, że zaistniałam; tu wiązanki pod dobrze znanym Ci adresem i różne sposoby odegrania się, pomszczenia swego losu). Trochę ludzie, sporo walczę o leki (ból, sen), trochę czytam (m.in. „Dziennik” A. Frank; niezmiernie mnie porusza), kompletnie nic nie robię w związku z doktoratem, choć mój promotor nie chce słyszeć o mojej z niego rezygnacji i znowu mi naniósł stos materiałów” (mail od Marii Magdaleny).

„Ojcze kochany, kończę. Powiedz, dlaczego tak jest, że tylu drogich, oddanych mi ludzi bardzo się za mnie modli, a ja tak szybko, tak strasznie szybko marnieje?.. Tak szybko, w tylu udrękach ciała, ale przecież także ducha. Tak szybko i tak bardzo” (mail od Marii Magdaleny).

Nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem i nie wiem, i tak jest z wieloma rzeczami w naszym życiu.

– x –

Zmarła w zeszłym roku, w dniu kiedy wspomina się Świętych Aniołów Stróżów. Jej Anioł Stróż sporo się pewnie przy niej natrudził. Wierzę jednak, że kiedy zapadała się w śmierć to prosto w jego wyciągnięte i oczekujące ramiona.