Przed trzema tygodniami zmarł ks. Andrzej Szpak, salezjanin, legendarny duszpasterz hippisów, prowadzący pielgrzymkę „Młodzieży Wolnych Dróg”. W przyszłym roku będzie już czterdziesta i pierwsza bez Andrzeja. Jako salezjanin mieszkałem z nim przez rok na Kawęczyńskiej w Warszawie, a od 1990 roku, już jako dominikanin razem z braćmi, przez kilka lat chodziłem na prowadzone przez Niego pielgrzymki. Potem wielokrotnie spotykaliśmy się czy dzwoniliśmy do siebie. Ogromnym przeżyciem była dla mnie obecność na Jego pogrzebie razem z wielką rzeszą ludzi, którzy tak wiele Andrzejowi zawdzięczają. W pewnym sensie Andrzej wychował też sporą grupę dominikanów, których tak wielu towarzyszyło mu podczas pielgrzymek. Niezwykle wzruszający moment podczas pogrzebu, kiedy na zakończenie kazania puszczono piosenkę śpiewaną przez Andrzeja i wszyscy zgromadzeni przez kilka minut bili brawo.

Będąc w domu odnalazłem swój artykuł z grudnia 1991, który ukazał się w „Powściągliwości i Pracy”. Artykuł został napisany po trzynastej Pielgrzymce i ma tytuł „Ojciec Szpak”.

– x –

Wiesz, Andrzeju, dlaczego masz tak dużo dzieci? Bo jesteś dla nich ojcem. W czasie pielgrzymki nie zdążyłem mu o tym powiedzieć. Zrozumiałem to nagle, gdy Szpak ubierając się w zakrystii zdyszany wykrztusił, bym znalazł jakąś Mszę o rodzinie. Po chwili dodał, że trzeba modlić się za ojców.

Była to chyba najboleśniejsza Msza pielgrzymki. Rzucone na początku dialogowanej homilii hasła rodzina, ojciec wywołało lawinę refleksji, wspomnień trudnych i bolesnych, wydarzeń tragicznych. Świadectwa noszonego przez lata żalu do rodziców, nieprzebaczonych ran przez nich zadanych niespełnionego pragnienia miłości. Bezradność słuchaczy była jak modlitwa o uzdrowienie.

Plum (ksywka jednego z uczestników pielgrzymki) składając życzenia nowożeńcom pielgrzymkowym prosił ich, by pozwolili swojemu dziecku być sobą, by uszanowali jego wolność. Szpak kocha swoje dzieci takimi jakimi są. Nie takimi jakimi widzieliby ich inni. Miłość jego jest ogromnie delikatna, czasem kosztem wymagań. Bez przerwy rzuca nowe pomysły, propozycje – by pomóc im, by zmusić do myślenia, wyrwać z bierności i marazmu, obudzić twórczość, a przede wszystkim zbliżyć do Jezusa. W tym roku tematem przewodnim pielgrzymki było szczęście. Pojawiły się także tematy ekologiczne, pacyfistyczne. Eucharystie bardzo żywe, angażujące. Homilie dialogowane trwały zawsze ponad godzinę, krótkie liturgiczne komentarze pomagały w bardziej świadomym uczestnictwie.

Miłość Szpaka nie jest zaborcza. Dzieci przychodzą i odchodzą. On czeka, czasem ich szuka; ciągle pamięta.

Nie boi się śmieszności. Po prostu zapomniał o sobie. Niektórzy śmieją się z jego pomysłów, gestów miłości, wybrzydzają, że ksiądz tak nie może, tak nie wypada. Tych, którzy nie kochają śmieszą i gorszą gesty zakochanych. Niekiedy śmieją się i gorszą ci, którzy sami mieli uczyć miłości i być ojcami. Szpak nie boi się, że się narazi. Nie musi troszczyć się o reputację, ponieważ jej nie ma, nawet u swych zakonnych braci.

Czasem coś w nim pęka. Ciężar przytłacza go. Jak w tej wiosce, do której spóźniliśmy się półtorej godziny, a czekano tam na nas. Szpak usiadł zrozpaczony w bocznej kaplicy i był zupełnie sam. Dzieci nie zawsze wiedzą co robić z samotnością ojca.

Częstochowa zawsze jest trudna. Przygniata swoją obojętnością. Dzieci krzyczą: Jesteśmy, jesteśmy! I: Kto nas przywita?, a Szpak bezradnie się miota, bo cóż może poradzić, że nie kochają tu jego dzieci.

Bóg jest Poetą i zaskakuje nas swoją Miłością. Przychodzi także przez niekochane dzieci. Iza zobaczyła Go w czasie przekazywania znaku pokoju. W głównej nawie, w ścisku i radosnym harmidrze ludzie tulili się do siebie, niektórzy przekazywali pocałunek pokoju. I między nimi był Bóg. Iza mówiła o tym ze łzami.

Ostatni obraz z pola namiotowego to zmęczony Szpak umawiający się z dziećmi na następny zlot.

Dzieci potrzebują ojca.