Triduum Paschalne spędzone w poznańskim klasztorze, pierwsze w tym miejscu od skończenia nowicjatu w 2008 roku, pozostaną w mojej głowie jako rodzinne. Mimo ogromu pracy, trudnych spowiedzi – a może dzięki nim – Chrystus Zmartwychwstały powołał do życia swój Kościół we mnie w zwyczajności tych niezwyczajnych dni.

Wszystko dokoła, łącznie z pogodą podpowiadało, że to nie ten czas. Zmęczenie dawało o sobie znać. Wcześniejsze rekolekcje, błogosławiony czas pięknych ludzi, kazały zaangażować się na 100%. W Wielki Czwartek towarzyszył mi strach, czy uda nam się w spokoju przeżyć te Święta, skupić na ich istotnych elementach. Na szczęście Chrystus chciał zmartwychwstać właśnie w nich.

Nie chodzi o to, że nie miałem sił na rzeczy wzniosłe, dostojną liturgię pełną symboli. Bardzo ich potrzebowałem i chciałem. Wydaje się jednak, że Pan pozwolił mi zobaczyć w tym wszystkim codzienność, każde z Nim spotkanie – nie tylko w tym czasie, ale przez cały rok.

Rodzinna atmosfera tych Świąt to dla mnie przede wszystkim poczucie i doświadczenie bezpieczeństwa. Przy Chrystusie, mojej wspólnocie, wśród tych, którzy za nas i z nami się modlą, mogłem poczuć się bezpiecznie. Świadomość tego, że być może nie uda się przeżyć Triduum tak, jak bym chciał, już tak nie przerażała. Wiedziałem, że Kościół jako mój dom włączy mnie w swoje przeżywanie tego okresu. Sam, mimo że mocno zaangażowany – we wspólnocie część mojego braku sił mogłem oddać właśnie jej, tak aby ona mnie poniosła i przeprowadziła przez wydarzenia męki i zmartwychwstania Chrystusa.

Często zapominamy o znaczeniu Kościoła jako wspólnoty. Trudno nam się z nim utożsamić. W naszej relacji do Boga jesteśmy zatomizowani, zapominając, że tylko razem możemy stworzyć coś pięknego. Tak jest z liturgią Triduum Paschalnego. Ta rodzinna atmosfera poznańskiego świętowania pokazała mi, że to, czego nie mam ja, mogą mieć inni i razem uda nam się odkryć to, co ofiarowuje nam Chrystus. Sami być może też byśmy to osiągnęli, ale zajęłoby nam to dużo więcej czasu, dużo bardziej zmęczyło. Radość w pojedynkę na dłuższą metę nie miałaby sensu.

Na pewno jesteśmy niedoskonali, bardzo ułomni, niezwykle samolubni. Pamiętajmy jednak, że Chrystus przechodząc do nas, chce się z nami spotkać we wspólnocie. Jako Kościół jesteśmy rodziną. W tych miejscach, gdzie nam nie starcza inni mogą dać nam coś od siebie. My możemy udzielać im naszego piękna. W tych naszych przywarach i wadach, przez swoje zmartwychwstanie chce namieszać, tak, abyśmy uwierzyli, że z nim, razem możemy wszystko.

Ta zwyczajność, to ogromny przywilej każdego dnia pomiędzy wielkim świętowaniem. Chrystus chce powoływać swój Kościół do życia codziennie. Za każdym razem tworząc z nas wspólnotę, która będzie wypełniona, być może niedoskonałymi, ale otwartymi na siebie ludźmi!