Opowiadanie o Bogu i o tym, co dotyczy wiary w mediach społecznościowych – na katolickich portalach – coraz częściej zaczyna przypominać to, jak wielu vlogerów czy blogerów opowiada o najnowszych grach, książkach, czy kosmetykach. Niestety, zdarza się również, że opowiadający o Bogu – podobnie, jak reklamujący swoje najnowsze zdobycze – są święcie przekonani, że mówią prawdy obiektywne, rzeczywiście, gadając tylko o sobie.

To dobrze, że dużo o Bogu mówimy, że dzielimy się naszym doświadczeniem Boga, że chcemy się „naszym” Bogiem dzielić. Problem pojawia się wtedy, kiedy „nasz” Bóg ma niewiele wspólnego z tym, o którym mówi Kościół. Tę przeszkodę da się jednak jeszcze przeskoczyć. Niepokonalna może się okazać ta, w której będziemy – w naszych opisach – mówić, że nasze zdanie jest jedynym słusznym. O zgrozo, że Kościół myśli tak, jak my. Pytanie, czy my myślimy tak, jak Kościół?

Każdy ma prawo do swojego zdania, swoich uczuć, emocji. Bóg jest Bogiem wolności. Twierdzenie, że ktoś czegoś nie może myśleć, nie może czegoś czuć, jest absurdalne. Każdy ma prawo do wyrażania swoich opinii i dzielenia się nimi z innymi. Nadawanie jednak tym poglądom autorytetu nieznoszącego polemiki jest nie do zaakceptowania. Zwłaszcza, kiedy posługujemy się autorytetem nie swoim, a kogoś innego – w tym wypadku Kościoła (nie daj Boże, Jego samego).

Słabo znamy w Polsce teologię. Nie znamy jej wręcz w ogóle. Nie twierdzę, że nie poznaliśmy Boga. Ale czy wiemy, kim ten Bóg jest, poza tym jak sami Go widzimy? Pamiętam, że w naszym Kolegium Filozoficzno-Teologicznym wielokrotnie trwały spory pomiędzy braćmi o różne rzeczy dotyczące natury Boga, Kościoła, zbawienia. Pamiętam również, że rozstrzygający je profesorowie, wielokrotnie mieli zupełnie inne stanowisko niż polemizujące ze sobą strony. Najczęściej dużo bardziej wyważone – spokojniejsze. Pamiętam również, że tam, gdzie my stawialiśmy kropkę – przekonani, że inaczej przecież być nie może – wielu z naszych profesorów dopiero rozpoczynało poszukiwania odpowiedzi, stawiając w tym miejscu znak zapytania.

Forma vlogu, blogu – media społecznościowe to nie Uniwersytet. Fakt. Nie da się wszystkiego o wszystkim powiedzieć. Wielokrotnie, podczas studiów akademickich także trzeba doczytać, poszukać, sprawdzić. To, co zachwyciło mnie w jednym z naszych wykładowców, którego poprosiliśmy o rozstrzygnięcie konfliktu, była odpowiedź, że on też nie zna rozwiązania, że sam musi je znaleźć. Nie jest tu przecież po to, żeby opowiadać o sobie. Pytanie czy we vlogach, blogach – całym tym internetowym świcie też potrafimy się do tego przyznać. Czy jeszcze szukamy zrozumienia naszej wiary. Czy tylko sami chcemy, żeby inni nas rozumieli.