Czy istnieje modlitwa bez Boga? Zdaje się, że są tacy, którym Bóg do modlitwy nie jest potrzebny. Rozeznanie własnych potrzeb, którymi Bóg, naszym zdaniem, powinien się zająć, wydaje się niezwykle ważne. Znajomość siebie może nie gwarantuje sukcesu w relacji z Panem Bogiem. Pozwala jednak na skuteczniejsze zapraszanie Boga do tych miejsc, w których warto, aby się z nami spotkał.

Oczywiście nie należy wyciągać wniosku, że w innych elementach mojego z Nim bycia to spotkanie nie jest potrzebne. Umiejętne rozpoznanie pozwoli wszakże na niepoświęcanie swojego czasu na rzeczy mniej ważne. Przecież, każda jest istotna.

Pytanie, czy zbytnie skupienie się na sobie, być może w słusznym przekonaniu o własnych racjach, nie spowoduje, że stracę z pola widzenia Boga, który być może chce we mnie i poprzez mnie działać w sposób zaskakujący i do tej pory niespodziewany.

Nieustannie w głowie mam słowa biskupa Grzegorza Rysia, który powołując się na Tischnera, w czasie moich święceń powiedział mniej więcej tak: „co z tego, że będziecie mieli rację, jeżeli nie wyniknie z niej żadne dobro”. Warto być może w tym miejscu zapytać, czy kiedy myślimy o racji, którą wypowiemy, będzie wiązało się z nią dobro, które Bóg przez nas osiągnie.

Pytanie o skuteczność modlitwy – spotkania z Panem Bogiem może opierać się na wielu elementach. Tym, co może ją weryfikować jest tradycja Kościoła, bądź to słowo, w którym Bóg mówi do nas nieustannie. Pismo Święte wielokrotnie wskazuje na to, jak powinniśmy się modlić, aby nie spotkać się jedynie ze sobą.

Osobiście duży wpływ na moje myślenie o modlitwie ma to, co Paweł pisze Galatom w swoim liście: „owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie”. Przez naszą relację z Bogiem powinniśmy owocować. Jeżeli modlitwa ma karmić, nasz owoc powinien być dojrzały. Jeżeli inni owocem mojej modlitwy mogliby się tylko otruć, pytanie: czy jest to owoc prawdziwy?

Jeżeli modlitwa jest wejściem w relację ze wspólnotą Osób, z Trójcą Świętą, sam być może dzięki temu doświadczeniu powinienem do wspólnoty zapraszać. Trudno jednak będzie komuś zaufać mi, kiedy proponując mu jakąkolwiek relację, zabierając mu jego dotychczasowy świat, nie pokaże mu perspektywy owocującej w owoc smaczniejszy, skuteczniejszy – w konsekwencji niekończący się.

Tylko Bóg może być źródłem rzeczy nieprzemijających. Jak ta nieprzemijalność wygląda w moim życiu? Nasze działanie często bywa doraźne. Modlitwa także cierpi na tę chorobę. Nie potrafimy zauważyć dłuższej perspektywy, o życiu wiecznym nie myśląc praktycznie w ogóle. W relacji z innymi także mamy ten problem. Być może warto poczekać i pozwolić Bogu działać w nim delikatnie, zyskując go na życie wieczne. Niekoniecznie zarzucając go prawdami, tracąc jakąkolwiek możliwość spotkania. Nie dlatego, że ktoś nie chce, tylko dlatego, że nas się boi.

Boga też można zarzucić własnymi racjami. Tymczasem, być może modlitwa to nie umiejętność mówienia, a przede wszystkim zdolność słuchania. Nasze pomysły prędzej czy później się skończą. Bóg może mówić nieustannie. Brak skutecznej modlitwy być może nie polega na tym, że Bóg nas nie wysłuchuje, tyko na tym, że my nie słuchamy Boga.

W relacji z ludźmi problem ma się podobnie, brak wspólnoty nie musi wynikać z tego, że inni nas nie słuchają, tylko z tego, że my nie chcemy słuchać innych.

Boże naucz nas słuchać w kościele, w domu, w pracy, w szkole, na uczelni, na ulicach, na placach, przed pałacami! Gdziekolwiek nas postawisz, naucz nas słuchać!