Na szczęście, domyślam się, że nigdy nie będę przełożonym. Bycie redaktorem naczelnym bardzo wyraźnie pokazuje mi, że to nie dla mnie. Współczuję tym, którzy nieustannie podejrzewani o chęć ustawienia świata po swojemu, podejmując jakąś decyzję, narażają się na ocenę kogoś komu jest ona nie po drodze.

Kaliber przeogromny, papież Franciszek, podobnie zresztą jak jego poprzednik Benedykt, niepopularny w swoich decyzjach, wywołuje nimi ruchy tektoniczne w Kościele. Oponenci podejrzewają, że przez nie chce doprowadzić Kościół do ruiny, zawalenia się wielowiekowej tradycji.

A gdzie w tym wszystkim miejsce na Ducha Świętego i zaufanie Bogu, że jeżeli wybiera to, wie co robi?

Pamiętam, jak jeden z moich przełożonych opowiadał kiedyś o jego rozmowie z innym ze współbraci. Ów brat zarzucił przełożonemu, że decyzja, którą ten podjął jest zła. Przy okazji wymienił mu powody, które o tym świadczą. Duże zdziwienie wywołało w tym bracie to, że przełożony się z nim zgodził. Pikanterii dodał fakt, że sam przełożony do argumentów za fatalnością decyzji dołożył jeszcze kilka, o których jego podwładny nie miał pojęcia. Tym co, różniło obu współbraci był fakt, że przełożony jakąś decyzję podjąć musiał i ta jego zdaniem była najlepsza. Podwładny o niczym decydować nie musiał, przez co w idealnych warunkach własnej wyobraźni dokonał idealnego i jednocześnie nierealnego wyboru.

Posłuszeństwo, które winniśmy Kościołowi i przełożonym, którzy nim kierują wiązać się powinno z zaufaniem, że wraz z funkcją otrzymali charyzmat do jej pełnienia. Oczywiście istnieją różne formy weryfikacji, ale do momentu, kiedy nie zostanie udowodnione coś, co świadczy na ich niekorzyść, warto, abyśmy widzieli w nich Bożego ducha.

Zadziwiające jest to, że Ci, którzy w tradycji widzą siłę posłuszeństwa przełożonemu, w momencie, kiedy ten podejmuje decyzję wbrew ich poglądom, niejako zawieszając swoją miłość do tej tradycji, negują przełożeństwo, przypisując mu brak asystencji Ducha Świętego.

Fakt, przełożeni są tylko ludźmi. Mylą się tak jak inni. Warto jednak widzieć ich działanie w szerszym kontekście. Patrząc na Kościół jako całość w jego różnobarwności – także osobowości, charakterów czy temperamentu.

Pytanie, jak my, posiadając taką wiedzę, byśmy się zachowali. Tu znowu przypomina mi się rozmowa z szacownym przełożonym, innym od wcześniej wspominanego. Kiedy jako bracia nowicjusze wydawaliśmy sąd nad niejednym z naszych współbraci, przełożony zwrócił nam uwagę, iż o tym, kogo sądzimy, wiemy niewiele i to tylko z pozorów, a do jego serca nawet nie postaraliśmy się zajrzeć.

Nie chodzi o to, aby usprawiedliwiać za wszelką cenę każdą decyzję przełożonych czy podwładnych. Ale o to, aby dać szansę. Wydaje się to być niezwykle trudne. Rozeznanie, czy też rozeznawanie… to nieustanna praca zwłaszcza nad swoją relacją z Bogiem, który nas wybiera do tego, abyśmy byli mu posłuszni w tych, których nad nami ustanawia.

Pocieszające dla nas powinno być doświadczenie apostołów. Nieustannie mam przed oczami św. Piotra, którego wyznanie wiary nie uratowało przed błędami. Należy pocieszenia szukać w Chrystusie, który z Piotra nie zrezygnował, ale o niego walczył. Nie zaś w słabości tego, który stał się opoką. Tak jakby miał stać się dla nas wzorem upadku.

Sam Kościół, jako że żyjemy w czasach eschatologicznych, nie może już przegrać. Chrystus wygrał go przez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Nie chrześcijańskie może być zatem myślenie o tym, że chyli się ku upadkowi. Zapominając o łasce, którą złożył w nim Bóg.

Zamiast pomstować, czasami warto zaufać. Owoc nie jest trujący tylko dlatego, że posadzony został ze złego nasienia. Często trujemy się własnym życiem i życiem innych dlatego, że zbyt szybko zaczynamy je pochłaniać. a ono samo w sobie jeszcze nie dojrzało. Owoc bywa trujący właśnie dlatego, że jest niedojrzały. Dajmy sobie czas. Dajmy czas Panu Bogu, do tego, żeby nas przekonał, że On już wygrał, a my powinniśmy przyłączyć się do Niego. Sami nie musimy i nie powinniśmy walczyć o lepszy świat, lepszy Kościół.