Pamiętam, kiedy pisałem jeden ze swoich pierwszych tekstów, jeszcze jako brat student. Bałem się oceny, tego, jak zostanie odebrany. Do dziś pamiętam wypieki na twarzy, które miałem widząc braci czytających te wypociny. Pamiętam, że bohaterem pierwszego akapitu został Władysław Bartoszewski.

Chwilę przed tym, nim usiadłem do pisania, w ręce (przez przypadek) wpadła mi książka wydana przez „W drodze”. Jej tytuł do dziś słyszę w uszach. Jest dla mnie miarą każdego tekstu przeze mnie pisanego, większości działań, które podejmuję. Ta książka dużo mi o mnie powiedziała. Dzięki niej dowiedziałem się także wiele o mojej miłości (bądź problemach z nią) do rodziny, mojego podwórka, mojej ojczyzny – do mojego świata. Władysław Bartoszewski i jego książka „Warto być przyzwoitym” to dla mnie zaproszenie do tego, aby nie oceniać po okładce.

Lubimy rzucać oskarżenia. Lubimy opowiadać nieprawdę świadomi tego, że najprawdopodobniej nikt jej nie zweryfikuje. Mnie też to nieźle wychodzi. Brak nam troski w tym, że być może ktoś naprawdę nam uwierzy. Identyfikujemy się przez opozycję. Inni nie mają tego. Nie są tacy. Być może wielokrotnie mamy w tym rację. Tylko co to zmienia.

Oczywiście, prawda nas wyzwoli. Trzeba znać prawdę. O nią dbać. Sam kiedyś usłyszałem, że w swoich tekstach o tę prawdę nie dbam. Ostatnio dowiedziałem się, że  przydałby mi się kamień młyński. Nadawca zasugerował, że przywiązanie go sobie do szyi posłużyłoby mojemu nawróceniu. Święta prawda, muszę się nawrócić! Nie wiem akurat czy z tego powodu, o którym pisał autor przekonany o posiadaniu racji. Tego samego dnia ktoś inny oskarżył mnie o zapędy inkwizycyjne (ponoć jako dominikanie mamy to we krwi). Przypisał mojemu działaniu coś, czego nie miałem w ogóle na myśli. To było trudne doświadczenie. Bo wiedziałem, że to nie jest prawda, a nie potrafiłem jej obronić.

Brakuje nam przyzwoitości w naszym patrzeniu na siebie. Dawania szansy, na którą zapewne ja także liczę. Nie potrafimy przyznać się do tego, że wielu rzeczy nie rozumiemy, że nie chcemy ze sobą rozmawiać. Że dużo łatwiej jest nam oskarżyć niż poszukać zrozumienia.

Przed nami wielkie święto narodowe, a nam brakuje przyzwoitości. Akceptacji, że to, iż jesteśmy tacy, a nie inni, to lata być może trudnych doświadczeń. Że być może nie ma w nas złej woli, a tylko pragnienie szczęścia inaczej rozumiane. Że to, iż ktoś myśli nie tak jak ja, to nie oznaka złośliwości. Że pragnąc czegoś innego, nie pragnę tego, abyś ty nie mógł zrealizować swojej wizji świata.

Ewangelia jest dobrą nowiną, która zaprasza do tego, aby w ludziach szukać dobra. Czy za wszelką cenę? Za cenę Krzyża na pewno. Tym czasem my nie umieramy za siebie, co najwyżej idziemy po trupach. Trudne to i nijak ma się do przyzwoitości. Czy jako chrześcijanie nie powinniśmy naśladować Mistrza? Większość Polaków to katolicy.

Pamiętam, że w tekście oprócz Bartoszewskiego pojawił się cytat z Mertona. Dziś też się pojawi (lubię wywrotowców). „Każdy z nas tworzy sobie pewne ograniczone wyobrażenie Chrystusa. Jest to wyobrażenie na naszą modłę. Stwarzamy sobie Chrystusa na swój własny obraz, Chrystusa będącego projekcją naszych aspiracji, pragnień i ideałów. Znajdujemy w Nim to, co chcemy znaleźć. Stanowi On dla nas nie tylko wcielenie Boga, lecz także wcielenie wszystkiego, czym żyjemy my, nasze społeczeństwo i grupa społeczna, do której należymy. Dlatego, chociaż prawdą jest, że Droga do doskonałości prowadzi przeze naśladowanie Chrystusa i odtwarzanie Jego postępowania w naszym życiu, nie zajdziemy na tej drodze, jeśli będziemy jedynie naśladować tego Chrystusa, który mieszka w naszej wyobraźni.”

Jaką jest Prawda, którą mamy w głowach i kim jest Chrystus, za którym idziemy, jeżeli się tak nienawidzimy?  Gdzie nasza przyzwoitość?