Święto Zmarłych? Skądże, raczej dzień wszystkich żywych, wszystkich świętych.Najpierw parę słów o pogodzie.

Listopad potrafi być przygnębiający. Gorzej jeszcze, kiedy listopadowa pogoda zaczyna się już w październiku. Pod praskim niebem zdarzają się dni, kiedy słońce jest tuż tuż, ale nie przebija się za szarą zasłonę. W jeden z poranków – to było w piątek 22 X tego roku – spojrzałem na niebo, nawet nie szare, ale wręcz czarne. A tu niespodzianka: tęcza. Wielka tęcza, pomiędzy Petřínem a Letną. O ósmej rano, w smętny chłodny dzień.

Listopad zaczynamy dniem Wszystkich Świętych. To prawdziwe święto żywych. W Bogu jest pełnia życia, bo jest całkowite oddanie każdej z Osób Trójcy Świętej. Przyroda przypomina o obumieraniu, o końcu wszystkiego. A my dodajemy sobie otuchy rozmyślając o życiu – wiecznym, nieskończonym, pełnym. Święty to człowiek, który kocha swoje życie z Bogiem. Święty kocha Jezusowy styl życia. Święty nie chce znać nikogo i niczego, jak tylko Chrystusa, i to ukrzyżowanego. Nienawidzi swojego życia na tym świecie, czyli odwraca się od tego, co przynosi śmierć: od zgubnego pomysłu, żeby spełnić siebie w posiadaniu, a nie w dzieleniu się. Święty nie tylko rozkwita, ale i wydaje owoce.

Święci są wśród nas. Na przykład ludzie tak dobrzy, że Bóg powierzył im opiekę nad najsłabszymi – nad dziećmi, które kto inny by odrzucił. Święci rozświetlają jesienną szarość, jak tęcza.

Niech nasi święci patroni wstawiają się za nas. Niech ci nasi najlepsi przyjaciele pamiętają o nas, żebyśmy i my nie umarli za życia, ale byli już tu, na ziemi, po stronie tego, co wieczne i nieskończone. Abyśmy służyli dobroci i prawdzie. I tak, dzięki Bożej łasce, doszli do życia wiecznego, powrócili do źródła i zostali nasyceni.