Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je (Łk 8, 21).

Siedzę w pracy i mozolnie wypełniam protokoły egzaminacyjne Studentów (pozdrawiam Państwa serdecznie!) W przerwie, dla orzeźwienia, zajrzałam do dzisiejszych czytań. To słowa dzisiejszej Ewangelii. Rozumiem z nich, że słuchanie słowa Bożego jest drogą do jego wypełniania. Sama z siebie nie urodzę dobra, jestem zbyt marna. W dużym pokoju, w centrum naszego domu wisi ikona Życiodajnej Trójcy – właśnie z tego powodu.  Wszystko możemy, ale z Niego to musimy zaczerpnąć. Sama z siebie jestem kupką lęku pomieszaną z egotyzmem i nieuporządkowanym szukaniem uznania i miłości. Cała moja radość i dobro pochodzą od Niego, od dobra jakim nasącza moje piękne życie, od Jego prowadzenia. Bez Niego natychmiast słabnę. Przestając się modlić, dobrowolnie odłączam się od źródeł zasilania. To nie znaczy, że gdy jestem z Nim nie ma we mnie lęku i pychy; są, ale On pomaga mi je kontrolować, aplikuje codzienne leczenie, starannie wymierza dawki. I wtedy mam niezwykle komfortowe poczucie bezpieczeństwa: gdy coś się dzieje nieoczekiwanego natychmiast myślę: jestem w Jego rękach, baterie się ładują, codziennie na nowo powtarzam: ufam! Działaj! A zatem wszystko jest pod kontrolą. Za tym nieoczekiwanym stoi On. On ma wszystko pod kontrolą. Będzie więc tylko lepiej.

Słuchać Słowa, karmić się Nim w Eucharystii, siedzieć jak Maria Magdalena i z Nim „marnować czas”. W Boskim solarium adoracji nabierać życiowych rumieńców. Wyciągać puste (a przy tym ubłocone i poranione) dłonie ku Niemu i pozwalać unosić Mu się na ręce, pozwalać się kołysać, kołysać, jak dziecko. I –pisał ks. Twardowski – pomału, ostrożnie pozwalać Mu wyjmować ze mnie kolce lęku.

Program na życie. Czyż nie piękny? Trzeba czegoś więcej?…