Nie ma pamięci po tych, co dawniej żyli, ani po tych, co będą kiedyś żyli, nie będzie wspomnienia o tych, co będą potem (z Księgi Koheleta)

 

Słowa Koheleta, które czytaliśmy w Kościele przed kilkoma dniami, wyszły na przeciw towarzyszącym mi ostatnio refleksjom. Nie tylko z wolna nadchodzące jesienne, październikowo-listopadowe wieczory, z ich nostalgią i tęsknotą za Zmarłymi, ale głównie pewne „cmentarne” odkrycie sprawiło, że moje myśli intensywnie krążą wokół… zapomnianych.

Gdy chowałam Rodziców nie zarejestrowałam tej informacji w świadomości. Ból świadomość ogranicza… Wiedziałam, że na cmentarzu centralnym w Szczecinie nie ma już nowych grobów, i że grób Rodziców będzie grobem „z odzysku”. Został zatem zlikwidowany nieopłacony grób, o którym już nikt nie pamięta. Teraz, przy okazji załatwiania formalności po śmierci Wujka – który będzie pochowany także w „odzyskanym” grobie – dotarło do mnie, że szczątki wcześniej pochowanej tam osoby pozostają, lecz przesunięte najgłębiej, pod grzebaną nową trumnę. Nagle uświadomiłam sobie, że pod podwójnym głębinowym grobem moich Rodziców leży trzecia osoba – a przecież nigdy nie przyszło mi na myśl, by i za nią się pomodlić.

Z Kuzynką miałyśmy za zadanie wybrać miejsce dla Wujka – Jej Taty. Oczywiście – zapomniany, nieopłacony grób, jeden z tych, które wskazał nam pracownik administracji cmentarza. Kuzynka wybrała piękne, zaciszne, przestronne miejsce. Z fotografii na pomniku spoglądała na nas elegancka, dość młoda – około pięćdziesiątki – Pani Stanisława. Stojąc we troje nad jej grobem byliśmy ostatnimi osobami, które patrzyły w Jej twarz, w Jej smutne oczy i spokojne rysy, na jej do tyłu gładko zaczesane kruczoczarne włosy. Ostatnimi, którzy znają Ją z imienia. Którzy mogą chwilę zastanowić się nad tajemnicą Jej życia. Oto teraz staje się Bezimienną.

Było to dla mnie niezwykle przejmujące przeżycie. Nie tylko dlatego, że „za chwilę”, gdy odejdę ja i mój Mąż, i moje dzieci, i Bracia, ktoś niewzruszony oczywistością obowiązku stanie tak nad grobem moich Rodziców, a potem moim i mego Męża, Braci, moich dzieci – i wyda decyzję o demontażu. Bardziej jeszcze uderzył mnie ten graniczny moment przejścia człowieka z pamięci w niepamięć, cezura zaniku ostatniego śladu po czyimś życiu. I pomyślałam o Pani Stanisławie, o Kimś, kto leży z moimi Rodzicami. O wszystkich Zapomnianych, których szczątków pełno na tym cmentarzu, i w innych ziemiach świata. A przecież mieli tak bogate, ważne życie, pełne uniesień i łez, szczęścia i bólu – ważne jak nasze życie dzisiaj. Tak samo ważne.

O Pani Stanisławie prawdopodobnie nikt już nie myśli… Tylko ja. To przypomniało mi program telewizyjny, oglądany ładnych parę lat temu, chyba na Discovery channel. Doświadczony patomorfolog opowiadał w nim o swoich „spotkaniach” z ciałami zmarłych, jednak niezwykły był szacunek i współodczuwanie, jakie w opowieściach wyrażał wobec osób, których ciała badał po śmierci. Zostało to we mnie chyba na zawsze – że w każdej pracy, także patomorfologa, jest miejsce na swoiste powołanie i na personalizm, rozumiany jako wrażliwość na godność człowieka. Dokonywał oględzin małego chłopca, który był maltretowany przez opiekunów. Dopiero po jego śmierci okrucieństwo wyszło na jaw. Nie zapomnę słów tego lekarza, który ze szczerym wzruszeniem mówił: „ znajdowałem uraz po urazie, złamanie po złamaniu. Wchodziłem w jego historię świadomy, że jestem jedynym człowiekiem, który z bólem i współczuciem dotyka jego ran, jedynym człowiekiem, który z nim jest w jego bólu i w jego codziennej historii, jedynym, jaki mógł jeszcze okazać mu serce i czułość, myśląc o każdej minucie jego cierpienia i strachu. Będąc z nim w każdej tej minucie, gdy był przerażony i sam”.

I ja myślę o Pani Stanisławie w analogiczny sposób. Tylko ja, która mogę jeszcze o niej pamiętać – ostatnia. Tylko ja z ludzi tu, na ziemi. Zastanawiam się nad jej rodziną, historią, kim była, jaka była, czy była choć trochę podobna do mnie, czy zupełnie inna. I czuję do niej wiele sympatii i ciepłych uczuć, choć i pewnie ja – ostatni bastion pamięci o niej, ostatni doczesny świadek jej istnienia – zaraz zapomnę. I wtedy budzi się ten sprzeciw, ten wspaniały, boski sprzeciw, który Jacques Maritain nazywał dowodem na nieśmiertelność ludzką. Zauważył, że nasza miłość do tych, których kochamy, sama przekonuje nas o ich nieśmiertelności. Nasza miłość w sposób kategoryczny nie godzi się na śmierć kochanego człowieka, odczuwa bowiem, że wobec ogromu jego wewnętrznej tajemnicy, piękna jego duszy i osoby, głębokości tożsamości jest po prostu niemożliwe (!!) przerwanie jej istnienia. Postulat miłości, tak natarczywy, a jednocześnie jakby oczywisty – że nie może zniknąć, przestać istnieć ten, kogo poznałem, tak wielki, wspaniały, drogi; ten rozdzierający bunt wobec samego faktu jego śmierci jako NIEPASUJĄCEJ, nieadekwatnej do jego życia (łzy Chrystusa nad grobem Łazarza) – dowodzi wiecznego trwania bytu ludzkiego.

Kiedyś ktoś próbował mi dowieść, że istnienie nieba jest niedorzeczne, zważywszy na fakt ilu ludzi zmarło ( i umrze) od początku istnienia ludzkości i ilu ludzi miejsce to musiałoby pomieścić. Ostatnie spojrzenie Stanisławy z fotografii i moja myśl o niej, próbująca zaledwie dotknąć tajemnicy jej życia i serca, mój sprzeciw wobec jej (a o ileż bardziej moich Najbliższych) nie-istnienia, nade wszystko jednak głębokie przeświadczenie o życiu nadprzyrodzonym, które rośnie w głąb alternatywnej rzeczywistości, gdzie Panem Jest Zmartwychwstany Pan – pozwala mi wierzyć we wspaniałość nieba i bardzo szeroko rozpostarte jego sklepienie.

Potem ujrzałem:  a oto wielki tłum,  którego nie mógł nikt policzyć,  z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków,  stojący przed tronem i przed Barankiem.  Odziani są w białe szaty,  a w ręku ich palmy. 

A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami:  «Ci przyodziani w białe szaty  kim są i skąd przybyli?»

 

I powiedziałem do niego:  «Panie, ty wiesz». 

 

(Ap 7, 9.13-14a)