W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi, byśmy nie bali się tych, co mogą zabić ciało – w tym chorób, wypadków i śmierci samej w sobie – tylko tego, który może duszę zatracić w piekle. Uderzające jest, że Pan Jezus samą śmierć niejako bagatelizuje, mówi dosłownie: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą”. Potem nic więcej uczynić nie mogą. Owo POTEM jest tu niezwykle pięknym, tajemniczym i głębokim słowem, za którym kryje się życie wieczne, obcowanie z Bogiem i świętych, wieczna szczęśliwość, istota naszego życia i nasze prawdziwe powołanie, wobec którego życie doczesne jest zaledwie mrocznym przedpokojem z szafką na kapcie. Z perspektywy Jezusa śmierć jest mało istotna, liczy się bowiem to, co jest POTEM. To ma wielkie znaczenie dla mnie jako żony i matki. Mam modlić się za męża o życie wieczne z Bogiem, a dzieci do tego wychowywać; bać się nie o nich, ale o ich życie wieczne.

Kiedyś przeczytałam w jednej z książek Małgorzaty Musierowicz frazę mówiącą o tym, że matki są istotami z natury wrogimi wobec śmierci, ponieważ są tymi, które życie dają. Dlatego na wskroś sprzeciwiają się śmierci, wzdrygają gdy słyszą o niej, lękają się o dzieci i bliskich. Tak – naturalnie, instynktownie nawykłyśmy chronić nasze dzieci. Trzeba jednak przesterować w sobie ów zwierzęcy instynkt troski o ich życie doczesne na uduchowiony odruch troski o ich życie wieczne. Modlić się o zmianę tej perspektywy, bo wiele z treści wychowawczych, które ochraniają nasze dzieci tu na ziemi, może szkodzić im w perspektywie przygotowania na życie wieczne. Nie mając przed oczyma tego POTEM, możemy wychowywać egoistów, dogadzających sobie i szukających komfortu nie bacząc na innych. I jako matki nie widzieć w tym nic złego – przecież troszczymy się o dzieci, przecież jest im dobrze, są nakarmione i zadowolone, mając czego chcą.

Tymczasem mama jest stróżem życia nadprzyrodzonego w duszy dziecka. Mama ks. Popiełuszki mawiała: „najważniejsze w życiu to dać dzieciom Boga”. Zastanawiam się, jak dbać o ten ich wewnętrzny ogień.

Pierwsze, co możemy robić, to wzywać do nich Ducha świętego. To jest zawierzenie. „Panie, kiepska ze mnie żona i mama. Marnie kocham i wychowuję. Ty daj im Ducha, daj im miłość, daj im zbawienie”.

Trzeba też stale i do upadłego pokazywać naszym dzieciom, że modlitwa jest najważniejsza, bo Bóg jest najważniejszy. Jego miłość daje nam szczęście, pokój, wewnętrzne życie. Świadectwo to skuteczny sposób, najgorszym jest jakakolwiek presja. Świadectwo, zachęta i wolność. Niech widzą naszą miłość do Boga. Wspólnie zmówmy w samochodzie dziesiątkę różańca, zagaimy rozmowę o fragmencie Ewangelii, który nas ostatnio poruszył, puśćmy nastolatkowi wywiad z Abpem Krajewskim. Opowiedzmy dzieciom jak sami doświadczamy opieki i prowadzenia Bożego w codziennych sprawach. I sami kochajmy jak Bóg – z wyrozumiałością dla błędów.

A po trzecie trzeba uwrażliwiać na innych, na potrzebujących. Moja Mamusia bardzo często powtarzała: „Pan Bóg kazał się dzielić” – gdy piekła ciasta drożdżowe, kilka wielkich blach, a ja potem biegałam i roznosiłam je po ulicy starszym i schorowanym sąsiadom.
Można też wykorzystywać rozmowy o śmierci do pokazywania im perspektywy życia wiecznego. „Mamo, jakbyś umarła, ja tez bym umarła – z tęsknoty” – mówi Ola. To okazja by jej powiedzieć, nie – kochanie, mam się dobrze, jeszcze długo będę żyła, nie myśl o tym – ale, że gdybym umarła, byłabym jeszcze bliżej niej, bo znałabym jej myśli i kłopoty od strony serca. Że byłabym z Jezusem i szykowałabym jej przepiękny różowy pokoik z ozdobami na ścianach. A gdy mała mówi: „Nie mogę się doczekać nieba! Już chcę umrzeć!” – powstrzymać ten mimowolny odruch protestu, nawet w łagodnej wersji – ależ jeszcze będziesz długo na ziemi, o czym ty mówisz, tu masz też swoje zadania – i powiedzieć: „Tak! Niebo jest piękne! Jezus tam czeka!”

Wstrząsnęło mną, gdy usłyszałam o modlitwie świętej Rity. Jej rodzina była zwaśniona z innym klanem, od pokoleń żyły w nienawiści, mordując się nawzajem. Jej mąż został także zamordowany gdy ich dwaj synkowie byli mali. Wiedziała, że gdy dorosną, będą chcieli pomścić ojca. Modliła się więc, że jeżeli mieliby popełnić taki grzech, lepiej by umarli w dzieciństwie. Została wysłuchana. Obaj umarli bodajże na tyfus. Mieć w sobie tak żarliwą perspektywę POTEM, by modlić się w ten sposób za swoje dzieci…! Podobnie mama św. Teresy z Lisieux, gdy jej Celinka straszliwie chorowała, pisała w liście do kuzynki: „Nie módl się o zdrowie dla niej… tylko bym umiała przyjąć wolę Boga, jakakolwiek będzie”. Co za babeczki!!

Bardzo chcę troszczyć się o życie wieczne moich dzieci (Męża mniej, bo już jest w zasadzie ustawiony (-: ) Martwię się, bo widzę, ile popełniłam błędów rozpieszczając je, nadmiernie chroniąc, zajmując się głównie jakością ich życia na ziemi, a nie kondycją duchową. Mam jednak ufność, że Bóg jest dobry i widzi, że korzeniem wad jest często moja wychowawcza głupota, a nie ich wyrachowanie. I dlatego mam przeświadczenie, że choć nie unikną wad, grzechów i egoizmu, zasianie w nich obrazu miłosierdzia Boga, Jego dobroci, czułości, może być wystarczające, by w godzinie śmierci oddali się Jemu.