Już od paru ładnych lat należę do tej Rodziny i jest to jedna z piękniejszych rzeczy, które mi się przytrafiły.

W 2010 roku, po kilkuletniej formacji złożyliśmy z Mężem wieczyste przyrzeczenia przynależności do Zakonu Kaznodziejskiego. Jednak dominikanów znam już ponad 20 lat. Co najmniej połowę tego okresu jesteśmy z Braćmi związani blisko, zaryzykowałabym stwierdzenie – od wewnątrz tej rodziny, razem pracując z młodzieżą i narzeczonymi, wyjeżdżając, przegadując długie noce. Mamy kilku najbliższych Przyjaciół wśród nich, a wielu znamy bardzo dobrze. I choć jak w każdej rodzinie poznajemy wzajemnie także słabości – my ich, a oni nasze – jedno jest niezaprzeczalne: możemy się od nich uczyć radykalizmu życia Ewangelią.

Czułość Boża wobec mnie przejawiła się m.in. w tym, że na czas ostatnich trudnych trzech lat mego życia postawił w Szczecinie, jako przeora i proboszcza, Macieja Biskupa. Trudno znaleźć osobę radykalniej wymagającą od siebie i zarazem bardziej łagodną i empatyczną wobec innych. To on jest głosem najbardziej zapomnianych, potrzebujących, nieprzyjmowanych. Upomina się o uchodźców żarliwym sercem, w sprawach, gdy naruszana jest niewinność i godność innych potrafi zapłonąć „świętym gniewem”, sprzeciwić się wszelkiej rangi ciemiężycielom, co widać w jego bezkompromisowych wypowiedziach na łamach mediów lub internetu – ale i zareagować łzami współcierpienia. Słyszałam od wielu braci (naprawdę: wielu) jak wielką wdzięczność mają za czas gdy wychowywał dominikańskich nowicjuszy. Był im ojcem, płakał z nimi nad ich słabościami, mobilizował do radykalnej pracy nad sobą. Z ogromnym zrozumieniem przyjmował ich indywidualne bagaże życiowe i historie, nikim się nie gorsząc. Zresztą ojcostwo wydaje się jego szczególnym charyzmatem, wyczuwanym nawet przez moją córeczkę, która zawsze tuli się w jego ramiona. Jest moim spowiednikiem i tym, co jest największą wartością jego duchowego prowadzenia, jest bardzo głębokie życie wewnętrzne, jakie prowadzi, walcząc o codzienną cichą adorację – wcale nieoczywistą przy jego nawale pracy. Jest tytanem pracy tu w Szczecinie. Właśnie rozmodlenie skutkuje radykalizmem jego oddania Chrystusowi, a zarazem lwiej walki o krzywdzonych.

Gdy moja koleżanka rozważała powrót do Kościoła po latach, przepełniona jednak niepewnością i nieakceptacją pewnych spraw w Kościele, bez wahania poradziłam jej rozmowę z Maciejem. Wieczorem przyszedł esemes, w którym napisała, jak bardzo przez przyjęcie jej osoby przez Maćka i jego świadectwo zrozumiała miłość Boga i jego troskę, jak bardzo jest szczęśliwa. Wyspowiadała się.

Maciej towarzyszył mi gdy odchodziła moja Mama, On, w asyście wielu wspaniałych Braci, złożył Jej Ciało do ziemi. Krótko później pochował mego Tatę. Nie umiem wyrazić tego, z jaką troską i współczuciem otoczył mnie wtedy ojcowską opieką. Czułam, że prowadzenie liturgii pogrzebu było jak otulenie mnie i moich braci, sierot, całunem czułości Kościoła – gdy zgięłam się w pół w ramionach męża nie mogąc powstrzymać łkania, On, widząc to, stojąc metr obok zaintonował z mocą: Zwycięzca śmierci, piekła i szatana!

Zresztą to do Niego zadzwoniłam, gdy opuściwszy kilkadziesiąt minut wcześniej szpital, gdzie czule pożegnałam się z Tatusiem, otrzymałam telefon, że zaraz, jak wyszłam, czuwając wcześniej przy Nim wiele godzin, postanowił odejść. To do Maćka – nie męża! – instynktownie zadzwoniłam, by wylać ból strasznej świadomości, że mój najdroższy Tatuś postanowił odejść beze mnie, że już go nie powitam… na tej ziemi…

Maciej dba, bym ja i Jego parafianie widzieli w Bogu dobroć, które nikogo nie odrzuca, którego nie trzeba się bać.. Mogłabym o przykładach bezkompromisowego oddania Chrystusowi wielu Braci, których praca nad sobą i czystość życia jest nam, znającym ich od lat, znana, opowiadać nawet przez 6 godzin. O wstawaniu przed świtem Braci, by się modlić; o esemesach „Poszczę za was” gdy dotykają nas życiowe trudności. O dbałości, by nie mieć zbyt wielu rzeczy. O walce o czystość, gdy zakochają się w pięknej studentce i na własne życzenie przenoszą do innej placówki….
Ale jakbym miała nazwać to, za co jestem szczególnie wdzięczna Dominikanom i Zakonowi, to obrona dwóch wartości: Miłosierdzia wobec słabych i Prawdy. To, za co szczególnie cenię Dominikanów, to gwałtowne reakcje na skandale obyczajowe w Kościele. To jest Zakon Prawdy, który Prawdy szuka i broni, nie waha się zbadać i podjąć prawdę także bolesną.

Dość przypomnieć, że w istotnej mierze dzięki radykalnej postawie i odwadze O. Pawła Kozackiego ujawniono grzechy Ks. Arcybiskupa Juliusza Paetza.
Gdy o. Marcin Mogielski, narażając siebie na lawinę ataków zdecydował się stanąć w obronie chłopców molestowanych w Szczecinie przez księdza, w Kościele można było zaobserwować dwie absolutnie odmienne reakcje. Przypominam znamienną wówczas wymianę korespondencji miedzy ówczesnym ordynariuszem diecezji szczecińskiej a prowincjałem O. Krzysztofem Popławskim:

„Wobec zaistniałej sytuacji, powstałej w wyniku publikacji zamieszczonej w „Gazecie Wyborczej” z dnia 10 marca br. pt. „Ukryty grzech Kościoła” oraz po emisji, wieczorem tego samego dnia, telewizyjnego programu pt. „Kropka nad i”, w których to o. Marcin Mogielski OP występuje jako rzecznik rzekomo pokrzywdzonych chłopców, jestem zmuszony, tym oficjalnym pismem, zapytać Ojca Prowincjała, czy Ojciec Prowincjał był konsultowany w tej sprawie i czy działanie o. Marcina Mogielskiego OP uzyskało aprobatę Ojca Prowincjała?
Nie dopuszczając do siebie myśli, że to wszystko odbyło się za zgodą Ojca Prowincjała, muszę zwrócić się z prośbą o interwencję w tej sprawie i pouczenie o. Marcina Mogielskiego OP o drogach właściwych Kościołowi w załatwianiu takowych spraw. […]

Nie mogę nie zadać pytania, jakiemu dobru służyło to całe zamieszanie wywołane w mediach przez o. Marcina Mogielskiego OP? Nie mogę go znaleźć. […] Do tej pory można było prowadzić proces w atmosferze spokoju i bez pośpiechu, koniecznych przy rozwiązaniu tego rodzaju spraw. Po wystąpieniu o. Marcina Mogielskiego OP atmosfera się zmieniła, a nawet niektórzy, także osoby publiczne, wydały wyrok”.

Odpowiedź przełożonego polskiej prowincji dominikanów była natychmiastowa:

„W tych dniach przebywam za granicą, w Stanach Zjednoczonych. Akurat Kościół katolicki w USA – o czym Ksiądz Arcybiskup z pewnością wie – za przemilczanie spraw dotyczących nadużyć seksualnych, jakich dopuszczali się niektórzy duchowni, i niepodejmowanie przez hierarchów odpowiednich i jasnych decyzji we właściwym czasie zapłacił ogromną cenę, która wcale nie wyraża się w wysokości zasądzonych odszkodowań.
Pragnę poinformować Księdza Arcybiskupa, że wiedziałem i wyraziłem zgodę na udział o. Marcina Mogielskiego w wyjaśnianiu sprawy przypadków nadużyć seksualnych wobec nieletnich, jakie miały mieć miejsce w środowisku, z którym związany był on w czasie swojego pobytu w Szczecinie. […] W postępowaniu mojego współbrata Marcina Mogielskiego nie widzę niczego rażąco niewłaściwego. Jego decyzje i podejmowane przez niego działania są wyrazem troski o ubogich, którzy do dziś noszą w sobie poczucie skrzywdzenia i lekceważenia przez przełożonych Kościoła i którym zabrakło z ich strony zapewnienia fachowej pomocy czy choćby braterskiego zainteresowania”. (wzięte z serwisu KAI)

Moich Braci Dominikanów kocham gorąco. Nie jest to miłość ślepa. Życie znam już prawie 40 lat. Wiem, że słabości i grzechy przynależą naszej naturze.
Mam jednak pewność, że nie ma w Zakonie postawy akceptacji zła, przyzwyczajenia do grzechu. Jest w nim ZACZYN, postawa nawracania się i pokory. Także miłosiernego okrywania „nagości ojca”, jak w starotestamentalnej historii.

By przeciwstawiając się grzechowi, chronić godność grzesznika.