Mutter_Teresa_von_Kalkutta

Moje spotkania ze świętą to kilka przeczytanych książek  o Matce Teresie. Pierwsze spotkanie  to mała książeczka wydana w 1988 roku,  przez wydawnictwo werbistowskie VERBINUM – W CISZY SERCA, Medytacje i modlitwy Matki Teresy   – autorstwa Kathryn Spink. Później były inne książki, filmy, które ukazywały tę kobietę, zakonnicę, która odkryła swoje powołanie w powołaniu; wcześniej była zakonnicą  Instytutu Błogosławionej Dziewicy Maryi,   aby stać się siostrą i matką Teresą dla nowo powstałej kongregacji Misjonarek Miłości. 

Drugie spotkanie spotkanie to siostry należące do Kongrecji . W 1998 roku po moim przyjeździe z Białorusi na Ukrainę do Kijowa, często odprawiałem mszę dla sióstr, jeździłem do chorych i potrzebujących. Siostry wynajdywały różne miejsca gdzie mieszkali potrzebujący pomocy. Nie zawsze to byli katolicy, po prostu byli  to ludzie potrzebujący pomocy. Ale i były także spotkania z katolikami, ludźmi przykutymi do łóżek, którzy latami się nie spowiadali i nie uczestniczyli we mszy św.

Trzecie spotkanie to spotkanie, które trwa nieustannie po dzisiejszy dzień.  Zawsze kiedy rozpoczynam msze św. stają mi przed oczyma słowa tekstu, który pierwszy raz zobaczyłem u sióstr kalkutek w Kijowie, które można przeczytać w każdej zakrystii kaplicy gdzie modlą się siostry: Pamiętaj abyś sprawował Eucharystię jakby to była twoja pierwsza, jedyna i ostatnia msza św.

Prawdopodobnie nie są to słowa Matki Teresy ale stały się one bliskie tej, która swoją siłę, moc i radośc życia czerpała z Eucharystii, spotkania z Tym którzy może obdarzyć swoim pokojem i radością przekraczającym granice religii, koloru skóry, położenia socjalnego, aby być odnaleźć w kimś najmniejszym, odrzuconym, nieszczęśliwym, potrzebującym  – Jezusa.

Pamiętam słowa Matki Teresy skierowane do sióstr, aby z taką czułością i współczuciem zbliżały się do chorych  i potrzebujących tak jak kapłan pochyla się nad Ciałem Pańskim w czasie konsekracji.  Aby z taką delikatnością jak prezbiter bierze w ręce hostie, one brały na ręce ludzką biedę, drugiego człowieka. W sumie więcej słów nie potrzeba, krótko, konkretnie bez patosu, niepotrzebnych „świętych” czy raczej „świętawych” słów.

Liczy się zawsze konkret życia, a nie tylko piękne słowa, których jest dużo, a nawet za dużo i można zagubić to jest najważniejsze w życiu chrześcijańskim. My jako bracia kaznodzieje nie tylko mamy być braćmi głosicielami DOBREJ NOWINY ale mamy tą DOBRA NOWINĄ żyć na co dzień, tak aby nasze świadectwo było prawdziwe, nawet wtedy jeśli rodzi się w ciemności gdzie widać tylko nikły promyk światła wiary …

7bi4

 

Dotyk anioła 

Zimy w Kijowie są ciężkie. Bywa, że temperatura spada do 30 stopni poniżej zera. Wtedy zamykają szkoły. Zycie  zamiera. Tylko w sprawach najważniejszych ludzie opuszczają swoje ciepłe mieszkania.

Najgorzej mają wtedy ludzie marginesu, ludzie bez pracy, bez mieszkań, tak zwani bomże (BOMŻ – bez odpredelenogo miesta żytielstwa). Tacy ludzie błąkają się po mieście, można ich spotkać na dworcu kolejowym, przy wejściu do metra. Często swoje drobne oszczędności przeznaczają na tani alkohol, coś do zjedzenia. I tak mijają dni, miesiąca  a nawet lata.

Alosza skończył w listopadzie 40 lat. Minęło też pieć lat ja prowadzi życie bomża. Któregoś pięknego jesiennego dnia żona mu powiedziała aby się wynosił, że ma go już dość, jego obiecanek cacanek, że nie  będzie pił, że dalej będzie pracował. Już miała tego dość. Dzieci płaczą, głodne, boją się wszystkiego. Za długo to wszystko się ciągnie…

Alosza wziął torbę, trochę rzeczy i wyszedł z domu. Nawet nie protestował. W sumie żona miała rację. Wiedział, że jest słaby, że nie potrafi żyć bez alkoholu, bez swoich przyjaciół. Szkoda mu było tylko mieszkania, gdzie mógł się wykąpać, pospać, i coś zjeść.

Pierwszą noc spędził na dworcu kolejowym. O piątej rano dwóch milicjantów obudziło go, sprawdzili dokumenty i kazali wynosić sie z dworca. Wyszedł na ulicę, już widniało, skierował swoje kroki do metra. Jeździł metrem od jednej stacji do drugiej, przesiadał się, zmieniał linie.

I tak mijały dni, a nawet miesiące. Czasami przychodził pod dom, gdzie była żona, dzieci. Nawet nie próbował tam wchodzić. Z dołu patrzył na okna, w których paliło się światło. Wystarczała chwila, aby powspominać, jak to było dobrze kiedyś, kiedy skończył studia, i dostali to mieszkanko, potem oczekiwanie na pierwsze dziecko, choroba żony, drugie dziecko, praca, zmiana stanowiska w pracy na lepsze, bardziej płatne…

Ale tak  było kiedyś, dzisiaj jest inaczej. Kijów to ogromne miasto, dzięki Bogu ma jeszcze gdzie pójść, coś wypić. Czas szybko mijał.

Regularnie, co tydzień przychodził pod dom,  po kilkunastu miesiącach, kiedy tak patrzył w okna swojego dawnego mieszkania, z klatki schodowej wybiegła jego córeczka, chciał ją zawołać, ale nie mógł wydobyć głosu, Katia przeszła obok niego, nawet go nie poznała. Zarośnięty, brudny stał i czuł, jak łzy ciekną mu po policzkach. Otarł je ręką i poszedł do znajomych. Chciał o wszystkim zapomnieć. Wpadł w kolejny ciąg picia. Kiedy po tygodniu szedł w stronę mieszkania, nie mógł znaleźć domu. Osiedla są do siebie tak podobne. Machnął ręką na to wszystko, i tak nic nie zmieni.

Znowu mijały dni, miesiące, pory roku. Po kolejnym zapiciu, poczuł się słabo, położył się w „wygodnym miejscu”, na ławeczcze obok metra. Zasnął. Snił mu się kolorowy świat, było ciepło, miło. Przez moment wydawało mu się, że obok niego przykucnął anioł. Nigdy czegoś takiego nie widział. Wydawało mu się , że ta zjawa należy do snu. Ale wyraźnie czuł dotyk ludzkiej ręki, coś nie tak. Za dużo alkoholu, jakieś zjawy, to na pewno delirium albo jak tutaj mówią  „zdwig po fazie…”

Wydawało mu się że śni. W śnie leciał w jakąś przepaść. Dna nie było. Zbyt długo do trwało. Lot donikąd, jak całe jego życie. Swiat wokół niego kurczył się, to znowu rozszerzał.

Znowu poczuł dotknięcie, otworzył oczy, przy nim stały dwa anioły. Podniosły go i zaprowadziły do samochodu. Alosza odczuwał jakieś trudne do określenia ciepło, dobroć, która promieniowała od nieznanych osób w białych ubraniach. Do jego głowy doszło, że może wiązą go do psychóżki. Chciał uciekać, ale nie miał siły. W sumie to wszystko jedno gdzie go wiozą, byleby tam było ciepło.

Jeszcze raz zapadł w śpiączkę, kiedy się obudził, w pokoju, w którym leżał zobaczył jeszcze dwa nowe anioły. Tym razem nie miał już złudzeń – zwariował. Anioły rozmawiały ze sobą po angielsku. Było to dziwne, ale i tak ten świat jest dziwny, więc to normalne , że w  niebie rozmawiają w tym języku. No trudno, „krysza pojechała”, trudno…

Znowu zamknął oczy. Nie chciał ich otwierać. Bał się, że zjawy się pojawią. Anioły, ciepły pokój, czystość pomieszczenia, promieniująca dobroć to iluzja… Lepiej od tego uciec. Zamknąć oczy, tak, żeby więcej ich nie otworzyć, żeby się nie przebudzić.

Spał długo, jego niespokojny sen był sen pełen koszmarów, krzyków, biegania, strachu, trwogi…

Kiedy się przebudził, zobaczył obok siebie młodą dziewczynę w sari. Spała. W rękach trzymała coś podobnego do prawosławnych czotek. Pod nosem mruczała niezrozumiałe dla niego słowa. Kiedy zauważyła, że się obudził, łamanym rosyjskim zapytała go jak się czuje.

Ciepło domu, błoga radość bycia z kimś, dawała mu pokój, zadowolenie. Po chwili przyszedł lekarz.  Zabadał go, przepisał jakieś lekarstwa. Siostry dały mu w reklamówce lekarstwa i trochę jedzenia.

Za oknami domu sióstr padał śnieg. Warstwa białego, jeszcze czystego śniegu szczelnie przykrywała brudny, pełen śmieci świat. Przynajmniej przez jakiś czas będzie czysto. Pełen pragnienia jakiejś zmiany w swoim życiu, zapadał w kolejny sen.

We śnie dwa anioły otwierały przed nim drzwi, za którymi była wiosna, promienie rozgrzewające zroszoną rosą trawę. Wszystko jeszcze przed nim, w świetle słońca widział nadzieję dla siebie

 

Dom i kaplica Misjonarek Miłości w Kijowie:

13524459_10207103434444233_3267876613663658190_n

 

13529107_10207103430524135_264123295780856389_n

 

13529054_10207103430604137_6815716948858032787_n

 

13557739_10207103431244153_3673948618050321276_n

 

 

13522008_10207103433764216_4051424557195787424_n

 

13537569_10207103433684214_7328701399785985552_n

 

 

 

fot. Mariusz Woźniak OP