Miałem zacząć zupełnie inaczej, ale jestem właśnie pod ogromnym wrażeniem wierności Boga swoim słowom…

***

Postanowiłem pojechać do Taize, na spotkanie „konsekrowanych żółtodziobów”, czyli młodych sióstr i braci zakonnych. Tak się złożyło, ze ostatni rok spędziłem w Anglii, więc podróż zacząłem w Londynie, pobożnie człapiąc na poranną mszę do Westminsterskiej katedry.

Do Mszy było jeszcze trochę czasu, a moją uwagę przykuł siwy pan po pięćdziesiątce, w koszuli i koloratce, który siedział dwa rzędy przede mną, zdając się trochę przysypiać, a trochę modlić. Po chwili okazało się, że to celebrans tej Mszy i nie ukrywam, że nawet zaimponował mi tą swoją poranną medytacją. Pewnie wrażenie powinno też na mnie zrobić to, że pomimo bardzo wczesnej pory zdecydował się powiedzieć kazanie, ale emocjonalnie byłem bardziej zajęty tym, że o 8.00 odjeżdża mój autobus. Zdobyłem się jednak na trochę skupienia i zacząłem słuchać o ufności do wydającego się spać Jezusa, której zabrakło Jego uczniom, w czasie wielkiej burzy na morzu. Szczęśliwie jednak dla apostołów Jezus uciszył burzę, a szczęśliwie dla mnie pobożny ksiądz nie przedłużał zbytnio kazania i spokojnie zdążyłem na dworzec. Piszę o tym wszystkim, bo kilka godzin później bardzo mocno i wyraźnie dotarła do mnie ta Ewangelia. Ale po kolei…

Z Anglii do Francji najkrótsza droga prowadzi przez Euro Tunel. Niestety, zaraz po odprawie paszportowej okazało się, że francuscy pracownicy, nad wyraz wierni swojej narodowej tradycji rewolucyjnej, zorganizowali strajk i zablokowali tory kolejowe, skutecznie uniemożliwiając wjazd do swojego kraju. Przynajmniej na jakiś czas. Ale pomimo tej fatalnej wiadomości i ogromnego upału, atmosfera w autobusie zrobiła się piknikowa, naturalnie szybko przenosząc się poza autobus. Znaleźliśmy cień, rozłożyliśmy się na trawie i zaczęło się dzielenie tym, co kto miał. Jedni colą i chipsami, inni planami na wakacje, a kierowca autobusu, z nonszalanckim gestem, podzielił się nawet swoimi papierosami. Co tu dużo mówić, atmosfera genialna, ale wszystko, co dobre, szybko się kończy. Więc najpierw skończyły się chipsy i orzeszki, potem kolorowe wody i w końcu nawet wakacyjne historie. Piknikowa euforia wypaliła się równie szybko co fajki coraz bardziej poddenerwowanego kierowcy. Sytuację ratowali tylko pracownicy techniczni Euro Tunelu, rozdający zimną wodę.

O 15.00 dostaliśmy informację, której wielu z nas podskórnie się spodziewało. Wracamy do Londynu. Oczywiście słowo „irytacja” tylko trochę oddaje reakcję pasażerów, których wakacyjne plany zaczęły się sypać. W tym i moje, bo cała podróż i pobyt w Taize stanęły pod wielkim znakiem zapytania. Nie znam francuskiego, ale wydaję mi się, że w tamtym momencie doskonale zrozumiałem, co czuje, myśli i mówi francuskojęzyczna część autobusu. I właśnie wtedy przypomniała mi się poranna ewangelia. I ta zachęta księdza do ufności Jezusowi, który zdaje się być nieobecny, gdy pewne wydarzenia wymykają się nam spod kontroli.

Wierzcie mi lub nie, ale ogarnęło mnie przekonanie, że jednak jeszcze dziś dotrzemy do Paryża. Nie miałem do tego żadnych podstaw, tym bardziej że kolejny już autobus właśnie zaczynał zawracać. Miałem tylko Jego Słowo, które w tamtej chwili słyszałem bardzo wyraźnie.

W naszym autobusie zrobiło się niezłe zamieszanie. Część pasażerów postanowiła wysiąść i na własną rękę poszukać możliwości przedostania się do Francji. Zresztą już dawno przestaliśmy przypominać „wesoły autobus”, ale to wychodzenie z niego kolejnych osób zabierających ze sobą swoje bagaże, tylko dopełniło frustracji. Mocno zdenerwowało też naszego kierowcę, czerwonego ze złości i może trochę też z braku fajek. Ale mimo tego wszystkiego, miałem naprawdę głębokie przeświadczenie, że za chwilę rozlegnie się Dobra Nowina. I nie zawiodłem się!

Gdy kierowca w końcu ruszył w stronę powrotną, dosłownie w tym samym momencie, z końca autobusu zaczęła biec dziewczyna z iPhonem w ręku, krzycząc, żebyśmy się zatrzymali. Okazało się, że Euro Tunel właśnie „zatweetował”, że strajk został opanowany, a ruch będzie przywrócony za jakąś godzinę. Nie muszę chyba pisać, że euforia w autobusie była gigantyczna, kierowca szybko zadzwonił, żeby potwierdzić informację, a wszyscy klaskali, jak po lądowaniu w Ryanair (to jest dopiero temat na bloga…) Ja też krzyczałem, klaskałem i wiedziałem doskonale, że On jest teraz obecny między nami.

***

Dwie myśli.

– Banał. Bóg jest obecny nawet w banalnych wydarzeniach naszego życia. I chociaż sceny z ewangelii mogą się wydawać wzniosłe, a przez to odległe, to ona się wydarza nawet w najtrywialniejszych sytuacjach. To jest ten banał „chleba naszego powszedniego”, który On Nam daje dzisiaj.

„Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”

– Tym razem przyszedł przez tweetera. I nie, że przez #PopeFrancis, #faceBóg, czy inne „środki nowej ewangelizacji”. On sam wybiera drogi swojego przyjścia.

„Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”