Wczoraj nad ranem po długiej chorobie zmarł prof. Cezary Wodziński. Kiedy rozpoczynałem studia byłem przekonany, że w filozofii najważniejsze jest zdobywanie wiedzy. Dopiero on pokazał mi, że chodzi o samo myślenie. Tak wspomina tamto spotkanie.

z19991193IH,Prof--Cezary-Wodzinski-podczas-spotkana-promocyjne

„Przed wakacjami 2002 dostałem nieoczekiwaną propozycję, by poprowadzić letnie seminarium filozoficzne w klasztorze Dominikanów na warszawskim Służewcu. I koniecznie z Heideggera, jako że klerycy żywo się nim interesują i szukają kogoś, kto by ich wprowadził. Zgodziłem się. Z ciekawości. Seminarium trwało dziesięć dni, w sierpniu, ustaliliśmy wstępnie, że zajęcia będą się odbywały dwa razy dziennie, przed południem i po południu, mniej więcej dwie godziny. Nigdy nie trwały krócej niż sześć godzin, przeważnie dłużej. Nie chciały się kończyć. Po dwóch dniach byliśmy już za pan brat, a seminarium zakończyło się całonocnym sympozjonem u mnie w domu”.

Szczerze przyznam, że podczas seminarium rozumiałam z tego wszystkiego mniej niż połowę, ale jedno doszło do mnie z całą powagą – samo myślenie jest ważne. Potem było kolejne seminarium, już w krakowskim klasztorze, na temat Nietzschego.

„Wybierałem się na to spotkanie z wielką ciekawością, ale i otwartością, to znaczy niczego z góry nie zakładałem. A to, co w klasztorze zastałem, po prostu bardzo mnie ucieszyło i cieszyło coraz bardziej, z dnia na dzień. Znowu niesłychane skupienie pozytywnej energii w małej przestrzeni. Ale jak szeroko pootwierane okna! Jakie widoki! Z młodymi zakonnikami pracowało mi się otwarciej i swobodniej – co znaczy również krytyczniej – niż niejednokrotnie w atmosferze pełnego, akademickiego i pozaakademickiego wolnomyślicielstwa.”

Był wykładowcą być może najmniej oczekiwanym w katolickim seminarium. Wolnomyśliciel, specjalista od Heideggera i Nietzschego, „święty Idiota”, filozofujący siekierą, a do tego wszystkiego „intelektualny hochsztapler i uwodziciel”. Nie był mistrzem życia, był mistrzem myślenia. Pokazywał „jak należy się poruszać w owym rozstępie, miedzy czasem minionym i przeszłym – jedynym być może miejscu, gdzie prawda może się pojawić” (H. Arendt). Nie mieszał do tego Chrystusa. Jak sam przyznał w wywiadzie, są to „granice mojego doświadczenia, których żadna anegdota nie przekroczy”. Wierzę jednak, że poza tą granicą istniała głębia.

Żartował, że ma swoją celę w klasztorze. Miał ją przez jakiś czas. Natomiast ciągle będzie ją miał w mojej głowie. Dlatego, jak za każdego domownika naszego klasztoru, codziennie będę zanosił modlitwy za spokój jego duszy… Z głębokości wołam do Ciebie Panie