Zmarła Juliana Schmemann, żona prawosławnego teologa Aleksandra Schmemanna. Poznali się w Paryżu na schodach Instytutu św. Sergiusza i od razu wiedzieli, że są sobie przeznaczeni. Kiedy młody Aleksander wrócił do domu po zajęciach, powiedział do brata: „Dziś spotkałem na schodach moją żonę”.

Juliana jest autorką niewielkiej książeczki „Moje życie z ojcem Aleksandrem”. Są to wspomnienia z ich wspólnego życia w Paryżu, a następnie w Stanach Zjednoczonych. Proste, mądre i piękne historie z życia rodzinnego. Książeczkę podarowałem znajomym, dlatego z pamięci, chciałbym przytoczyć tylko jedną opowieść. Schmemannowie pobrali się młodo, on miał 22 lata, ona niespełna 20. On był we fraku, ona w pięknej sukni. Kiedy wyemigrowali do Ameryki, z sukni ślubnej uszyła sukienki dla dla dziewczynek, a welon posłużył jako firanki na okna. Metafora małżeńskiej ofiarności.

Ojciec Aleksander zmarł w 1983 roku. W jego dziennikach, nie znajdziemy  żadnych notatek z okresu choroby, która trwała osiem miesięcy. Ostatni zapis poświęcony żonie i rodzinie: „Aktywna obecność – Juliana. Myślę, że jeśli nie byłoby jej ze mną, nie byłoby tych – w zasadzie spokojnych i głębokich – ośmiu miesięcy”.

Zawsze kiedy czytam Schmemannów, Aleksandra czy Julianę, odnoszę wrażenie obcowania ze światłem. Dziś, już oboje, przebywają w Wiecznej Światłości.