Po raz pierwszy spotkałem się z Antonim Rząsą, kiedy miałem pięć lat. Był to dzień jego pogrzebu. Odpoczywaliśmy wspólnie z rodziną w Zakopanem. Nie wiedziałem jeszcze wtedy nic o jego twórczości. Wiedziałem jedynie, że „robił świątki”, tak jak mój tata. Wychowałem się wśród lipowego drewna. Od wczesnego dzieciństwa pomagaliśmy w warsztacie. Pamiętam ile bólu kosztowało mnie wykańczanie „wydłubanych” przez tatę frasobliwych Chrystusów. Ręce zawsze były pokaleczone papierem ściernym i ubrudzone bejcą. Z czasem zacząłem jednak rozumieć, że piękno wymaga ofiary. Kiedy miałem kilkanaście lat, często powtarzałem starszemu bratu, że nie ma dla mnie nic bardziej przyjemnego niż brudne ręce po pracy. Warsztat zajmował nam też część wolnego czasu, który mogliśmy poświęcić na chodzenie po lesie, co stanowiło naszą główną atrakcję przez wiele lat. Ból, nawet w tak małym wymiarze, jak pokaleczone ręce, czy odłożona na później przechadzka, stanowił ważną część naszego dzieciństwa. Dzieło sztuki rodzi się w bólach.

W rzeźbieniu najważniejsze jest patrzenie. We wspomnieniach Józefa Czapskiego jest fragment, mówiący o spotkaniu profesora Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych z młodym Zygmuntem Waliszewskim. Stary profesor patrząc na niego zauważył: „Ma pan oczy malarza”. Wszystko rozpoczyna się od patrzenia na otaczający nas świat. W szkole podstawowej myśleliśmy, że na zajęciach z rysunku najważniejsze są umiejętności manualne. Pierwszym, który uczył mnie patrzeć, a nie rysować, był mój tata. W patrzeniu chodzi o dwie rzeczy. Po pierwsze trzeba odnaleźć w sobie tę umiejętność, by z owalnego kloca drewna wyłowić postać. Czasem będzie to Chrystus, czasem święty lub anioł. Na jego formę naprowadzi nas sterczący sęk, czasem rozgałęzienie, innym razem nietypowy kształt. Syna Antoniego Rząsy Marcin wspomina, że ojciec „nigdy nie miał gotowego modelu. Prace zaczynał od obserwowania drewna. Siedział przed klocem, palił papierosa jednego za drugim i coś sobie rysował. Właściwie takiego ojca pamiętam najbardziej: nie przy dłucie, tylko z założoną nogą na nogę, z papierosem, gapiącego się na kloc drewna”. Rzeźbiarz patrząc na konkretny kawałek drewna, wie, że z niego może powstać tylko ta, a nie inna postać. Dlatego warsztat zawalony był zawsze dużą ilością lipowych klocków i desek, które dopiero czekały na swoją wizję. Były jakby ciałem, które jeszcze nie przybrało swojej formy. Rząsa pisał: „Mam kawałek drzewa i patrzę. Dopóki nie zobaczę, rzeźba bardzo uzależniona jest od tego drzewa. Czasem masz koncepcję i ona ci się nie mieści. Czasem było takie drzewo, że samo narzucało koncepcję”.

Z drugiej strony umiejętność patrzenia jest też niezmiernie ważna w procesie powstawania rzeźby. Tutaj nie ma możliwości poprawek, nie ma gumki, którą można wymazać fałszywą linię. Jeżeli raz pójdzie się za daleko, przepadnie całość dzieła. Pamiętam jak tata przychodził na obiad z niedokończonym świątkiem, stawiał go na piecu i patrzył. Albo wieczorami siedział przed nimi, palił papierosa i patrzył. Patrzył i patrzył. Ile jeszcze wolno wybrać zbędnego materiału, tak by powstała forma najbardziej odpowiednia, nie najdoskonalsza, ale najbardziej odpowiednia, aby wyrazić to, co chciał powiedzieć. Pierwsze patrzenie rzeźbiarza związane jest ze spontanicznością z umiejętnością zobaczenia w kawałku drewna czegoś, czego tam jeszcze nie ma, czego nikt inny nie widzi. Drugie patrzenie związane jest z odpowiedzialnością, umiarem, cierpliwością. Rzeźba była dla mnie szkoła patrzenia zarazem spontanicznego i cierpliwego. Jednym z grzechów głównych kształcenia artystycznego w szkołach podstawowych wydaje się być romantyczny mit spontaniczności. Mnie natomiast szczególnie bliski jest ideał „artysty rzemieślnika”. Sądzę, że każdy twórca ludowy właśnie tak odczytuje sens swego powołania i pracy.

Tuż przed moim wstąpieniem do zakonu pojechaliśmy z tatą na wystawę rzeźb Antoniego Rząsy w Zakopanem. W albumie z wystawy znalazłem zdjęcie, na którym artysta z  synem Marcinem siedzą na łące, mając wzrok utkwiony na czymś, czego, nie widać na zdjęciu. Jestem prawie pewien, że stała tam jedna z jego rzeźb. Syn naśladuje patrzenie ojca. Jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy, którą ojciec może ofiarować synowi. Patrząc na to zdjęcie, zawsze miałem wrażenie, że tak musi Bóg Ojciec wraz z Synem patrzeć na człowieka, którego stworzył. Człowieka, który jest obiektem jego miłości, spontanicznej, przekraczające wszelkie granice, a zarazem bezbrzeżnie cierpliwej, potrafiącej czekać długo, by nieodpowiednim posunięciem dłuta nie zniszczyć wszystkiego. Rzeźby Rząsy były opowieścią o człowieku i jego Bogu.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu „Blok Wschodni”. Dziś już niedostępny w internecie, dlatego postanowiłem przypomnieć go przed wakacjami. Może ktoś odwiedzi galerię Antoniego Rząsy w Zakopanem przy ulicy Bogdańskiego 16A.