Kapitan statku kosmicznego Apollo 13 James A. Lovell w jednym z wywiadów, zarejestrowanym jeszcze przed dramatycznym lotem na księżyc, zapytany czy kiedykolwiek się bał, opowiedział historię z czasów drugiej wojny światowej. Kiedy wracał samolotem podczas manewrów, okazało się, że na lotniskowcu nie było żadnych świateł. Ćwiczenia były prowadzone na Morzy Japońskim. Nagle radar zwariował, bo ktoś w Japonii używał tej samej częstotliwości. Spojrzał w dół, a pod nim był wielki czarny ocean. Zapalił światło żeby spojrzeć na mapę, gdy nagle w kabinie doszło do zwarcia i wszystko zgasło. Nie wiedział na jakiej jest wysokości, kończyło się paliwo. Zdecydował się na wodowanie. „Patrzę na ocean i widzę w ciemnościach długi zielony ślad, jakby ktoś rozłożył dywan. A to były glony. Fluorescencyjne żyjątka w wodzie wzburzonej przez lotniskowiec. I ten zielony dywan doprowadził mnie do celu. Gdyby światła nie zgasły pewnie bym tego nie zobaczył. Nigdy nie wiadomo co cię doprowadzi do domu”.

Kiedy wczoraj czytałem fragment Dziejów Apostolskich, mówiący o prześladowaniach pierwszych chrześcijan przypomniała mi się historia amerykańskiego pilota. Czasem dzieje się tak, że ktoś wyłącza światło i nie wiemy w którym kierunku podążać. Czasem robią to inni, tak jak miało to miejsce w wyniku prześladowań. Czasami światło wyłączamy my sami, gdy popadamy w grzech, a czasem wyłącza je Bóg, ale to tylko w przypadku mistyków. Wydaje się nam wtedy, że giniemy. Prześladowanie wydaje się zbyt radykalne, by Kościół mógł je przetrwać, grzech wydaje się zbyt wielki, byśmy mogli z niego wyjść, a noc mistyki zbyt ciemna, by odnaleźć w niej światło. Pod nami wielki czarny ocean. Bóg jednak przechodzi blisko nas i pozostawia ślad. Trzeba tylko odwrócić wzrok, nie wpatrywać się w wysokościomierz, ani w mapę. Trzeba wyłączyć światło i spojrzeć w ciemność, a zobaczymy delikatny ślad, który pozostawił nam Bóg.